Ponta do Pico (2351mnpm)

jest najwyższym szczytem Portugalii, ale nie wznosi się nad kontynentem. Kontynentalne portugalskie góry nie są zbyt imponujące, mają około 1000mnpm. Szczyt Ponta do Pico (czyli po prostu Pico - port. szczyt) wznosi się na Wyspach Azorskich, które do Portugalii przyłączono jeszcze w XV wieku. Azory wznoszą się na Grzbiecie Śródatlantyckim, ok 1,5 tys km od Półwyspu Iberyjskiego i ponad 2 tys. km od brzegów Ameryki - i ta odległość i izolacja komunikacyjna wysp to jest najważniejszy problem dla potencjalnego zdobywcy najwyższej góry Portugalii. Poza tym uważam, że wyjazd na Azory ma same plusy i postaram się Was o tym przekonać. W wejściu na Pico pod flagą MKT w komplecie wzięli udział Paweł, Kamila i Adaś Krawczykowie oraz Iwona, Piotr, Karolina i Krzysio Paprzyccy. Wyprawę odbyliśmy w sierpniu, czyli w szczycie sezonu turystycznego.

Dojazd

Pomysł Azorów rozważaliśmy z prezesem Pawłem Krawczykiem jako restowo-wakacyjny wyjazd dla naszych rodzin, przy okazji którego można by zrealizować uzysk w Koronie Europy. Ponieważ z założenia nie mógła to być improwizowana impreza biwakowo-kuchenkowa, liczyliśmy się z koniecznością wydania nieco większej ilości gotówki. Najwięcej oczywiście pochłonęły koszty dojazdu. Praktycznie jedynym wchodzącym w grę środkiem transportu na Azory jest samolot i w większości przypadków jest to samolot linii TAP (Air Portugal), na który trzeba wsiąść w Lizbonie. Jest to o tyle wygodne, że TAP należy jak LOT do Star Aliance i połączenia obu linii się uzupełniają, jednak nie ma co raczej liczyć na niezwykłe tanie okazje przy czarterach i last minute. Lotów jest niewiele, zainteresowanie wyspami wśród polskich turystów znikome - bez porównania do np popularnej Madery. Na niemal pół roku przed wyjazdem nie udało się nam znaleźć biletów tam i z powrotem za mniej 1,5 tys/osobę, co stanowiło niemal połowę kosztów. Podobno połączenia z Azorami ma także Wielka Brytania, ale tego nie sprawdzaliśmy.  Międzynarodowe lotniska na Azorach są trzy, ale na środkowej grupie gdzie znajduje się Pico wchodzą w grę tylko Lajes na Terceirze i Horta na Faial (najbliżej Pico), to pierwsze wybraliśmy na przylot a drugie na powót. Największe lotnisko w pobliżu stolicy wysp, Ponta Delgada znajduje się niestety w grupie wschodniej, dość daleko od Pico. Na miejscu można poruszać się między wyspami dużymi promami samochodowymi, ale one pływają tylko 2x w tygodniu i pogorszenie pogody może całkowicie zawiesić żeglugę. Między blisko leżącymi wyspami (Faial - Pico, Sao Jorge - Pico) połączenia nawet kilka razy dziennie zapewniają mniejsze statki wożące tylko ludzi i bagaż. Rezerwacja wcześniejsza jest możliwa, ale niepewność szlaków morskich sprawia że naprawdę ciężko dokładnie zaplanować daty podróży z wyspy na wyspę. Wygodnym, ale droższym rozwiązaniem są regularne, lokalne połączenia lotnicze linii SATA. Bilet np z Terceiry na Sao Jorge kosztuje ok 80zł, ale lot jest szybki i zw ykle nawet w sezoniejest miejsce w samolocie. Sami na wszelki wypadek zarezerwowaliśmy sobie bilety lotnicze z Terceiry na Sao Jorge. Do poruszania się po lądzie polecam wynajem samochodu, koszty są tym mniejsze nim więcej nas jest - dziewięcioosobowego wana udało się znaleźć za 350zł/dobę. Taksówek jako drogich nie polecam, ale przy braku własnego transportu bywają konieczne. Lokalne autobusy są dobre do wycieczek po wybrzeżu, ale dostanie się do wnętrza wysp regularnym autobusem jest raczej niemożliwe.

 

Nie planowaliśmy stałego rezerwowanego zakwaterowania, ponieważ zamierzaliśmy się w celach krajoznawczych przemieszczać z wyspy na wyspę. Nie ma jednak problemu ze znalezieniem noclegu na miejscu (najdłużej szukaliśmy noclegu 2 godziny). Na Azorach nie ma zbyt wielu hoteli o wysokim standarcie, można jednak znaleźć dużo tańszych hoteli i kwatery agrotutystyczne w cenach nie większych niż w kontynentalnej Portugalii (do 60-80zł/osobę). Dla dużych grup polecamy wynajęcie domów. Szukać najlepiej samemu lub przez personel hoteli/pensjonatów, bo ośrodki informacji turystycznej są czynne dość krótko. Większość rozmawiających z nami ludzi znała angielski, a życzliwość mieszkańców zapewnia porozumienie nawet przy braku wspólnego języka. Nie spotkaliśmy się z żadnym przypadkiem niechęci, policja na Azorach jest nieliczna i nie sprawia wrażenia bardzo zajętej. Wszyscy miejscowi się znają i ciężko anonimowo popełnić przestępstwo, nic dużego nie da się ukraść i wywieźć bo nie bardzo jest gdzie. Turystów nawet w bardzo turystycznych miejscach jest naprawdę niewielu, a już Polaków nie spotkalismy w ogóle. Jedyny spotkanym przez nas zachodnim Słowianinem był sympatyczny Czech schodzący z Pico. Turyści innych nacji to też specyficzni ludzie, zupełnie inny gatunek w porównaniu z bywalcami typowych ciepłych kurortów.

 

Wejście

Przed wejściem na szczyt dobrze znaleźć zakwaterowanie w którejś z licznych nadbrzeżnych miejscowości na wyspie Pico. My zdecydowaliśmy się na dom w San Antonio, w pobliżu większego północnego portu Sao Rocque, gdzie mogliśmy zostawić niepotrzebne bagaże i zrobić przepak, a po powrocie ogarnąć się i odpocząć. Na wysokość około 1000 mnpm można wszędzie na Azorach dojechać dość dobrymi asfaltowymi lub szutrowymi drogami służącymi dla hodowli bydła. Przy wejściu na szlak turystyczny na szczyt Pico znajduje się baza strażaków/ratowników, gdzie obowiązkowo (ale nie widziałem aby kogoś przymuszano) należy zgłosić imiennie członków wycieczki i planowany termin powrotu. Musieliśmy też wnieść kilkadziesiąt złotych od osoby opłaty parkowej i obejrzeć pouczający film o górskich niebezpieczeństwach czychających nas w drodze. Dla doświadczonego turysty górskiego może to być śmieszne czy absurdalne (proponuje się też usługę przewodnicką z lokalizatorem GPS włącznie!), ale trzeba pamiętać, że na górę wchodzą też zupełnie przypadkowi ludzie. Wejście na Pico zajmuje nawet bardzo powolnemu turyście maksymalnie 4 godziny, co znaczy, że można spokojnie wejść i zejść jednego dnia.

Sami wymyśliliśmy nieco ambitniejszą wersję. Postanowiliśmy wejść po południu, zanocować w namiotach, a po obejrzeniu wschodu słońca zejść dopiero następnego dnia. Pico to niemal idealny stożek stratowulkaniczny wznoszący się ponad 1000 metrów ponad rozległą tarczę starszego wulkanu macierzystej wyspy i jest widoczny z bardzo daleka (na pewno ze wszystkich wysp grupy środkowej). Nie wykazywał aktywności w czasach historycznych, ale ze szczytowych skał wciąż unoszą się gorące opary przypominające o tym, że gdzieś pod spodem wciąż czai się lawa. Na dole pogoda nie była zbyt zachęcająca. Podchodziliśmy przez gęstą mgłę w okresowej mżawce. Chmury są nieodłączną częścią pejzażu Azorów, często zaslaniają słońce i przynoszą deszcze a nawet gwałtowne ulewy, ale raczej przelotne. Klimat jest bardzo łagodny, na poziomie morza temperatura nie spada poniżej 15 stopni, a nawet w upalne dni nie przekracza 30. W połączeniu z chmurami i opadami oraz brakiem dużych piaszczystych plaż powoduje to zapewne brak typowej pobytowej turystyki. Tego dnia mijało nas dość dużo turystów głównie schodzących w dół, ale nie było tłoku nawet w trudniejszych miejscach.

Trasa jest oznakowana grubymi ponumerowanymi palami (jest ich łącznie 46), które są dobrze widoczne nawet przy zamgleniu, początkowo podchodzi się po nierównym wulkanicznym terenie w niskich zaroślach, potem po pastwiskach by w połowie drogi wejść w bardziej strome skały nie wymagające jednak użycia rąk. W miarę podchodzenia mgły zaczęły się rozpraszać by pozostać niżej jako imponujące morze chmur  całkowicie zakrywające wyspę i ocean. Estetyczne wrażenia potęgowało oświetlenie przez niskie już, zachodzące słońce. Po wyjściu ze skał scieżka wypłaszcza się i bardzo długim trawersem okrąża krater, aż osiąga jego krawędź niemal zupełnie z przeciwnej strony. Uczestnicy wycieczki spisywali się świetnie. Pierwsza popędziła oczywiście na górę Karolina, ona też pierwsza dotarła na miejsce, ale tuż za nią podążał najmłodszy uczestnik wyprawy Adaś Krawczyk wspomagany przez swoją mamę. Mimo swojego uszkodzonego kolana, Prezes nie zdradzając cierpienia także parł w górę razem z Krzysiem (dużo gorzej było mu potem w zejściu). Stawkę zamykaliśmy razem z Iwoną docierając na miejsce jakieś 20 minut po czołówce.

Po przekroczeniu skałek na krawędzi zobaczyliśmy pogrążającą się już z wolna w cieniu misę kaldery głównego wulkanu. Na obrzeżu kaldery wznosi się na jakieś 90 m stromy stożek wtórny, nazywany malutkie Pico czyli Picquenho. Wylewająca się z niego lawa wypełniła znaczną część kaldery. W miejscu gdzie lawa nie dotarła, wśród nierówno pozapadanych skał znajduje się biwakowisko (rozbijanie namiotów jest dozwolone tylko tutaj). Ponieważ czołówka pozajmowała nam oczyszczone z kamieni i otoczone murkami platforemki, dość szybko udało się rozbić namioty i w zapadającym zmroku przyrządzić kolację z ciepłą herbatą. Razem z nami w kraterze stało jeszcze kilka namiotów, niektórzy turyści przybywali jeszcze w nocy nawołując po ciemku swoich znajomych.

Nocy nie mogę uznać za szczególnie przyjemną, bo redukując ciężar sprzętu nie wzięliśmy materacy i tylko bardzo cienkie śpiworki. Na szczęście w środku lata temperatura na szczycie nie spadła jak sądzę poniżej 5-7 stopni, więc w ubraniu było znośnie. Bardziej przeszkodzili nam w wyspaniu się tupiący górskimi buciorami po bazalcie amatorzy wczesnego wyjścia na szczyt, którzy wyposażeni w śpiwory leźli tam po ciemku by potem godzinę czekać na słońce. Sami ruszyliśmy bladym świtem jeszcze na czołówkach, nawet Adaś po chwili zwłoki także zażądał od mamy ataku szczytowego. Niezapomniany był widok w dole, bo chmury się rozrzedziły i nadbrzeżne miasteczka znaczyły w ciemności kontury wysp pasmami światełek. Drogę na szczycik wyszukaliśmy dość łatwo najpierw przez przykre osypisko u podnóża, by potem wejść w dość strome skały wymagające łatwej wspinaczki. Trwa ona nie więcej niż 30 minut. Mieliśmy obawy czy Adaś nie przestraszy się i nie zrezygnuje, ale on także dzielnie wdrapał się w końcu na szczyt. Spotkaliśmy tu łącznie prawie 20 osób oczekujących wschodu. Dosłownie minuty po naszym wyjściu, zza rozrzedzonych chmur zaczęło wznosić się słońce nad Sao Jorge. Widok był rzeczywiście prawdziwie nastrojowy, szczególnie w sztafażu unoszących się ze szczelin oparów wulkanicznych. Na dodatek po przeciwnej słońcu stronie Pico na ocean padł wielki trójkątmy cień góry.   

Nie obyło się bez fotografii z proporczykiem MKT. Potem zejście do obozu, śniadanie, suszenie namiotów i długie zejście na dół, w którym tym razem byłem pierwszy po... Karolinie. 

 

Azory to nie tylko Pico

Po wizycie na Azorach byliśmy prawdziwie urzeczeni faktem, że tak wspaniałe miejsce jest wśród turystów zupełnie nieznane. Być może oprócz odległości od kontynentu sprawia to wilgotny i dość dżdżysty klimat. Zaręczamy jednak, że choć bywają na Azorach pochmurne dni z niewieklim wiatrem i mżawką oraz gwałtowne ulewy, to jednak pogoda taka nie trwa długo i jeszcze tego dnia, albo nazajutrz możemy się znowu cieszyć słońcem. Pogoda jest po prostu bardzo zmienna, w jednym miejscu na jednej wyspie może padać, w drugim niebo może być niemal bezchmurne. Utrzymywanie się chmur w ciągu dnia na wysokości około 1000 metrów jest niemal pewne, z kolei niżej lub wyżej może być całkiem ładnie.

Mimo niezbyt wysokich temperatur i dość chłodnej (ale nie zimnej) oceanicznej wody amatorzy wylegiwania się w słońcu znajdą tutaj nawet fragmenty piaszczystego brzegu nadającego się do tradycyjnego plażowania. Jednak prawdziwą atrakcję stanowią naturalne lub częściowo przystosowane do kąpieli baseny pośród bazaltowych nadbrzeżnych skał. Rozbijające się fale przyboju powodują w takich basenach miłe falowanie a na granicy otwartego oceanu jak w morskim akwarium pływają kolorowe ryby, łażą rozgwiazdy, jeżowce, kraby i falują ukwiały.

Nie można powiedzieć, że Azory słyną z jakichś szczególnie oryginalnych potraw, a słynnego gulaszu gotowanego w wulkanicznej glebie zwanego "cosido" nie mieliśmy okazji jeść. Ani sery z mnóstwa miejscowych krów nie są jakieś szczególnie wyjątkowe, ani lokalne wino nadzwyczajne, co potwierdzają nawet miejscowi. Amatorzy wina mają jednak możliwość picia świetnych, tanich,  kontynentalnych win portugalskich, a obfitość świeżych owoców morza jest tak duża, że nie ma co narzekać.

Ponieważ wyspy wyrastają z głębokiego na 3000 metrów oceanicznego basenu, dno stromo opada przy brzegu stanowiąc dla morskich zwierząt prawdziwą okazję do zaczepienia się na wybranej przez siebie głębokości. Jest  to prawdziwy raj dla nurkowania i podziwiania podwodnej fauny i flory, a na redach starych portów niezliczonej liczby atrakcyjnych wraków. Układ dna przyciąga także delfiny i wieloryby poszukujące ulubionej wyżerki na różnych głębokościach (szczególnie kaszaloty) - w ciągu kilkugodzinnej wycieczki morskiej z kimś zorientowanym w temacie napotkanie przynajmniej kilku waleni jest niemal pewne.

Chociaż wytrzebiono większość lasów, zastąpiły je mozaiki półnaturalnych pastwisk poprzedzielanych bazaltowymi murkami, zajmujące całe wnętrza wysp. W połączeniu z bardzo urozmaiconym terenem, dość wysokimi stożkami i grzbietami wulkanicznymi i całkiem dobrymi drogami jest to świetne miejsce do całodziennych wycieczek w beskidzkim typie. Tam gdzie lasy zachowano, roślinność po staremu bujna i egzotyczna. Wśród powulkanicznych wertepów trzeba przedzierać się wśród twardolistnych, kłujących zarośli z laurem, cedrem, mirtem, wrzoścem i paprocią. Spotkać można też araukarie, draceny i imponujące paprocie drzewiaste. W połączeniu z błotem i wilgocią daje to możliwość samotnego przedzierania się przez dżunglę godną Beara Gryllsa. Na wyspach nie ma wielkich zabytków, ale małe i większe stare miejscowości zachowują swój własny azorski charakter. Szczególnie Angra do Heroismo na Terceirze to prawdziwa kolonialna perła w koronie listy Unesco. Zainteresują Was na pewno ślady historii wielorybników, hiszpańskiej srebrnej floty, brytyjskich korsarzy a nawet cesarza Brazylii.  

Kiedy jeszcze dołożymy do tego gejzery używane w charakterze kuchni, fumarole buchające trujacymi wyziewami, szmaragdowe szerokie na kilometr kaldery czy jaskinie, którymi jeszcze niedawno płynęły rzeki wrzącej magmy, czegóż więcej może chcieć zapalony podróżnik. Istnieje nawet niemałe prawdopodobieństwo, że powstanie nowy, aktywny wulkan, którego narodzin będziemy świadkami. A jeśli nie - zawsze zostaje możliwość odwiedzenia multimedialnego centrum turystycznego w Capelinhos na Faial, gdzie można zobaczyć wizualizację multimedialną i ciągle świeże ślady ostatniej azorskiej erupcji wulkanicznej z lat 50-tych ubiegłego wieku.

 


fotografie: Piotr Paprzycki, Paweł Krawczyk, komentarze: Piotr Paprzycki

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

Mikrowstępniak, czyli co słychać w Klubie


 

Mikro-wstępniak (NR 2/2014) Walne za nami. Zwróćcie uwagę na duże zmiany w Zarządzie - będą nas, mam nadzieję skuteczniej, wspierać Michał Drożdż i Maciek Strzemski. Dziękuje także wszystkim, którzy wpłacili składki, dzięki którym moglismy spokojnie wesprzeć rejestrację w PZA Klubu Wysokogórskiego Lublin. Dzięki temu będziemy mogli znacznie rozszerzyć nasze możliwości turystyczne w Tatrach i umożliwić podnoszenie kwalifikacji członków w uprawianiu ambitniejszych form turystyki górskiej.  Wkrótce rusza nowy projekt rowerowy "Płynie Wisła, płynie...", zaawansowany jest też stan przygotowania wyprawy bałkańskiej w koronie gór Europy. Możliwości turystyczne MKT dzięki KWL będą sięgać w tym roku szczytów Alp i Dolin Himalajów - byle tylko znaleźli się chętni. Z turystycznym pozdrowieniem...    
 

webmajster