Podróże z
dzieckiem - wstęp
Podróżowanie z dzieckiem wcale nie jest tak
męczące dla dziecka, jak się powszechnie uważa!
Wprost przeciwnie. Dzieci uwielbiają, jeśli ich
zabawy mogą być urozmaicone i odbywają się w
innych miejscach niż pobliski plac zabaw. Podróż
może być natomiast bardzo męczące dla rodziców.
Ci, którzy nie podróżowali z Maluchem nie zdają
sobie sprawy, ile trzeba włożyć wysiłku, aby
wycieczka była interesująca dla naszego dziecka.
O to, aby wyjazd był ciekawy musimy postarać się
sami, a w większości przypadków wymaga to od nas
znacznie większego zaangażowania niż zabawianie
dziecka w domu, gdzie mamy do dyspozycji zabawki
i inne dziecięce akcesoria. Poza tym rytm i
sposób podróżowania trzeba całkowicie dostosować
do dziecka. Dlatego raczej wykluczone są
wycieczki z dotychczasowymi znajomymi, chyba, że
mamy wyjątkowo wyrozumiałych przyjaciół.
Za to satysfakcja z przebywania z dzieckiem jest
dużo większa. To właśnie podczas długich podróży
Maluch jest stale z rodzicami, którzy mają dla
niego więcej czasu niż wtedy, gdy wracają
zmęczeni po pracy. Nowe sytuacje i zabawy, a
może intensywny kontakt miedzy rodzicami a
dzieckiem, okazują się rozwijające. Nieprawdą
jest też, że małe dzieci boją się nowych miejsc,
czy też nie mogą zasnąć w nieznanym sobie
pokoju. Te opowieści pochodzą prawdopodobnie od
ludzi, którzy wyjechali na wakacje z kilkuletnim
brzdącem, który nigdy nie nocował poza domem. Z
naszego doświadczenia wynika, że nie otoczenie,
ale raczej obecność rodziców jest dla dziecka
najważniejsza. A co z powszechną opinią, że
dziecko i tak nic nie zapamięta z podróży? To
może prawda. Nie chodzi jednak o to, żeby roczny
szkrab wiedział, na jaką górę wnieśli go rodzice
lub w jakim kraju bawił się na plaży. Ważne żeby
zabawa była dobra, a rodzice w pobliżu. Wtedy
nawet po kilku miesiącach dziecko zapytane o
kraby na plaży albo owce pasące się na górskiej
polance, będzie pamiętało te sytuacje.
Tu też dochodzimy do egoistycznej strony
problemu. Skoro dla dziecka najważniejsza jest
dobra zabawa, przy okazji której może się czegoś
nauczyć, to dlaczego rodzice, nawykli do
podróżowania, mają pozostać w domu do czwartych
czy piątych urodzin ich pociechy? Skoro podróż
okazuje się frajdą dla dziecka, a nie
katorżniczym odliczeniem kilometrów, to dlaczego
rezygnować z własnych pasji? Dlatego, że tak
uważa większość młodych małżeństw, pozostających
w dodatku pod presją konserwatywnych rodziców i
opinii rodem z poradników wychowania dzieci.
Przyszło nam borykać się z takimi stereotypami.
Może męczymy Adasia? Może nawet sprawiamy mu
krzywdę? Jeśli tak, to dlaczego jest szczęśliwym
i roześmianym dzieckiem. Niewygody, które znosi
razem z nami są niczym w stosunku do reżimu
lekcji rytmiki, tańca, języków i wielu innych,
który serwują swoim pociechom inni rodzice w
trosce, żeby miały lepszy start w dorosłe życie.
Może lepiej być dzieckiem zahartowanym w
podróżach niż zmęczonym ciągłym wyścigiem z
rówieśnikami?
Z naszym Adasiem podróżujemy już od 5 miesiąca
życia. Adaś zwiedził kilka krajów, tych
egzotycznych i bardziej cywilizowanych, ale
przede wszystkim „chodzi” z nami po górach.
Początki tej wędrówki były dla nas nieco
nerwowe. Jak każda mama martwię się, czy
wszystko jest w porządku, czy nie jest Adasiowi
za zimno, za ciepło, czy nie jest śpiący, głodny
itd. Paweł zawsze uspokaja mnie, że nic złego
się nie dzieje, a nasz Adaś umie dać znać, gdy
coś jest nie tak. Zdarzało się kilka razy, że
musieliśmy zmienić plany lub wycofać się z
jakiejś drogi, tylko po to aby Adaś mógł wyspać
się w komfortowych warunkach. W trakcie
jakichkolwiek podróży z dzieckiem musimy uważać
przecież podwójnie, ale tego chyba nie muszę
tłumaczyć żadnej mamie!!!
O tym, że podróżowanie z dzieckiem nawet w
warunkach uważanych za niektórych przez za
"niedopuszczalne" jest możliwe i służy dzieciom
i rodzicom poczytajcie na naszym zaprzyjaźnionym
portalu
MAŁY
PODRÓŻNIK
Dziecko w górach
Nie wystarczy włożyć dziecko do nosidełek i po
prostu z nim iść. Taki sposób wędrówki znudziłby
nawet dorosłego. Nie tak powinno wyglądać
chodzenie po górach z dzieckiem. Z pewnością są
dzieci, które spokojnie obserwują otaczający je
świat, idąc u taty na plecach, ale nasz Adaś do
nich nie należy. Chodząc z Maluchem po górach
trzeba wykazać się BARDZO dużą zdolnością
zabawiania dziecka i pokazywania mu świata w
sposób, który go zainteresuje. Gdy zaczynaliśmy
zdobywać Koronę Gór Polski Adaś jeszcze nie
chodził i nosiliśmy go w przednich nosidełkach.
Podczas wspinaczki zrywaliśmy mu kwiatki,
listki, czy gałązki. Można było pukać w korę
drzewa udając dzięcioła lub wymyślać tysiące
innych sposobów zainteresowania go tym, co się
dzieje wokół. Udawało to się nam prawie w 100
procentach, o czym świadczą zdobyte przez nas
szczyty. Kiedy Adaś zaczął chodzić sam,
przerzuciliśmy się na nosidełka tylne, tzw.
plecakowe. Są zdecydowanie wygodniejsze i
umożliwiają większą swobodę ruchów, a dziecko po
prostu jest już za duże na nosidełka przednie.
Poza tym, noszenie ciężaru ponad 12 kg z przodu
jest nie wykonalne na dłuższych trasach, nawet
dla najsilniejszych rodziców. Gdy Maluch zaczyna
chodzić sam, może oczywiście zdobywać łatwiejsze
szlaki gór na własnych nóżkach, ważne tylko żeby
trzymał kierunek marszu. Adaś już trzyma
wyznaczony przez nas kierunek, a zabawianie go w
trakcie drogi przekształciło się w szukanie
misia i dzika w lesie, wypatrywanie dzięcioła,
kukułki, gonienie drugiego rodzica pod górę,
„dziabanie” patykiem w górskim błotku, robienie
„plum” do strumyków lub jakiejkolwiek innej
odrobiny wody na szlaku lub po prostu śpiewanie
piosenek. O tym, że taka strategia daje
rezultaty świadczy fakt, że Adaś rzadziej
marudzi w górach niż w domu, jest prawie zawsze
radosny, a płacz, który przecież zdarza się
często u tak małych dzieci, na szlaku prawie się
nie pojawia. Dlaczego? Może dlatego, że jest
ciekawiej, a może jest to wynikiem naszego
zaangażowania. Jednak obie te przyczyny są
przecież pozytywne.
Z drugiej strony, trzeba realnie spojrzeć na
możliwości naszego Malucha i koniecznie ustalić
plan zdobycia góry lub innej wędrówki zgodnie z
planem dziennym naszego dziecka. Z Adasiem
staramy się wychodzić bardzo wcześnie, tuż po
obudzeniu dziecka, aby wykorzystać czas, kiedy
jest ono wypoczęte, wesołe i ciekawe świata. Nie
możemy sobie pozwolić na poranne marudzenie, bo
w trakcie drogi może okazać się, że nasz Maluch
jest już zmęczony, chce spać, a droga czy to w
górę, czy w dół jest tak samo długa. Zdarzało
się nam, że Adaś zasnął podczas drogi w
nosidełkach. O ile w nosidełkach przednich
Maluch przytula się brzuszkiem do rodzica i może
spokojnie spać kołysany maszerowaniem, o tyle w
nosidełkach tylnych nie wygląda to już tak
dobrze. Trochę się natrudziliśmy, aby podeprzeć
główkę śpiącego Adasia naszymi polarami lub
innymi swetrami, a w końcu i tak lądował na
kolanach mamy i siedząc na jakiejś polance
czekaliśmy, aż Adaś się wyśpi. Ponadto, dziecko
nie wytrzyma długo w nosidełkach, nawet
najbardziej wygodnych. Dlatego zaczęliśmy z
Adasiem zdobywanie Korony Gór Polski od szczytów
najprostszych, na które wejście może zająć
najwyżej 1-1,5 godziny. Z czasem, gdy dziecko
zaczyna maszerować samodzielnie, zaczęliśmy
wybierać dłuższe szlaki, a w końcu nawet
odważyliśmy się zanocować z Adasiem w górskim
schronisku, o czym przeczytacie w szczegółowej
relacji.
Oddzielnym problemem są sytuacje niebezpieczne,
o które nie trudno, jeśli wychodzi się w góry z
małym dzieckiem. W związku z zupełnie inną niż u
dorosłego termoregulacją dziecka, łatwo u
Malucha doprowadzić do przegrzania albo do
wychłodzenia. Trzeba o tym zawsze pamiętać przy
planowaniu wycieczki, ale wielu niebezpieczeństw
można uniknąć, jeśli zachowa się zdrowy rozsądek
i podejmie decyzję o odwrocie w odpowiednim
momencie. Z drugiej strony, Maluch jest stale na
świeżym powietrzu i nabiera odporności. Nasz
Adaś nigdy nie chorował w górach lub na innych
wyjazdach, nawet wtedy gdy w październiku, w
jesiennych warunkach zdobyliśmy Wysoką w
Pieninach. Nadal choruje bardzo rzadko i jest to
dla nas powód do wielkiej radości.
Korona
Gór Polski z Adasiem
Korona Gór Polski została opisana w 1997 roku
przez geografów i redaktorów czasopisma „Poznaj
Swój Kraj” związanego z PTTK. Na liście znalazło
się 28 najwyższych szczytów wszystkich górskich
pasm Polski. Był to pomysł nie nowy, ale bardzo
modny. W środowisku osób zainteresowanych
górami, wszyscy znają historię Reinholda
Messnera i Jerzego Kukuczki – zdobywców Korony
Himalajów oraz polskiej gospodyni domowej, która
wzburzyła alpinistów, ogłaszając, że chce zdobyć
Koronę Świata, czyli najwyższe szczyty siedmiu
kontynentów. Zapewne już mniejsze emocje
wzbudził Leszek Cichy zdobywając, jako pierwszy
Polak Koronę Świata i Anna Czerwińska,
powtarzając jego wyczyn. Dlatego, już wkrótce po
ogłoszeniu listy Korony Gór Polski znalazła się
duża grupa osób zainteresowanych tym celem.
Pojawiło się też współzawodnictwo w takich
dyscyplinach jak najszybsze zaliczenie szczytów
albo wejścia zimowe. Nas najbardziej
zainteresował aspekt krajoznawczy proponowanej
listy szczytów. Wiele z nich znajdowało się poza
znanymi szlakami górskimi w bardzo ciekawej
okolicy, której prawdopodobnie nie mielibyśmy
nigdy okazji odwiedzić. Naszym celem nie było
wejście na te szczyty z małym dzieckiem. Nie
chcemy rywalizować w konkurencji, kto zdobędzie
Koronę Gór Polski z młodszym dzieckiem. Chcemy
natomiast ciekawie spędzić czas z Maluchem z
korzyścią dla nas i dla Adasia.
Pomysł zdobywania Korony Gór Polski zrodził się
wiosną 2007 roku, gdy Adaś skończył 5 miesięcy,
a plany Pawła dotyczące zdobycia McKinley’a
rozpłynęły się na dwa tygodnie przed wyjazdem.
Na stronie internetowej czasopisma „Poznaj Swój
Kraj” znalazłam informacje o szczytach
zaliczanych do Korony, listę zdobywców i inne
ciekawostki. Niezwłocznie napisałam maila do
redakcji z zapytaniem o możliwość zdobywania
Korony przez naszą rodzinkę. Ale odpowiedź nie
była zachęcająca, redakcja sugerowała, że taki
maluch jak Adaś nic nie skorzysta ze wspólnych
wejść i lepiej poczekać aż skończy 5 lat, a
wtedy z pewnością będzie to dla Niego wielką
frajdą. Cóż, mimo tej opinii, zamówiłam dla nas
książeczkę zdobywców KGP i rozpoczęliśmy wspólne
zdobywanie gór. Jak do tej pory mamy na koncie 8
szczytów, a każdy następny jest coraz większą
zabawą i nauką dla Adasia i dla nas. Dlatego
namawiam wszystkich młodych rodziców do
wędrowania z najmłodszymi dziećmi po górach,
mimo, że większość otaczających nas ludzi uważa
to za lekkomyślność lub nawet brak wyobraźni.
Dziecku naprawdę nic się nie stanie, jeśli
zachowamy rozsądek i umiar, a może być bardzo
zadowolone i naprawdę dobrze się bawić i
rozwijać, jeśli tylko włożymy w to dużo
zaangażowania, cierpliwości i siły.
Zdaje sobie również sprawę, że niektórzy z Was
po przeczytaniu tych relacji, mogą się dziwić i
pukać niedwuznacznie w głowę. Dlatego już na
początku proszę, aby Ci, którzy mają inne od
moich poglądy nie spędzali czasu na czytaniu
tych relacji. Nie wiem przecież, czy uda nam się
zaszczepić Adasiowi pasję do podróży i przygody.
Myślę jednak, że będzie miał większą szansę
wyboru pomiędzy sposobem życia, który mu
pokażemy a tym, który staje się coraz częstszym
udziałem młodzieży spędzającej czas bez pasji i
zainteresowań.
Plecak na
wyprawę z Maluchem
Wiem, jak wygląda ekwipunek każdego wspinającego
się po górach, bo sama zdobyłam kilka szczytów,
ale zapewniam Was, że wędrując po górach z
dzieckiem zawartość plecaka ulega diametralnym
zmianom. Po pierwsze, tylko jeden z rodziców
nosi plecak, drugi ma na swoich plecach Malucha.
Po drugie, nie chcemy, żeby była to ciężka
„mordęga” pod górę z 30-to kilogramowym
plecakiem, a raczej wyprawa z dzieckiem. Dlatego
też w trakcie naszego zdobywania gór, potrzeby
rodziców zostały ograniczone do minimum, a
zawartość plecaka to głównie rzeczy Adasia.
Staramy się być przygotowani na wszystkie
ewentualności pogodowe w górach, do tego
stopnia, że miejsce naszych kurtek
przeciwdeszczowych zastąpiła parasolka, bo w
trakcie nagłej ulewy Adaś woli siedzieć pod nią
i widzieć, co się dzieje wokół, niż być nakryty
krępującą ruchy kurtką. W naszym plecaku zawsze
są Adasiowe kaloszki. Dzięki nim, bez lęku o
przemoczone nogi, Adaś penetruje małe strumyki,
kałuże i mokrą po deszczu trawę. Krem
przeciwsłoneczny, apteczka, mały samochodzik,
ludziki, którym Adaś pokazuje otaczający świat,
cały zestaw jedzenia i picia dla Malucha, kocyk
lub jakaś mała karimata, która też może okazać
się niezbędna do nagłej zmiany pieluchy i
jeszcze wiele, wiele innych rzeczy, które wydają
się być potrzebne w drodze – to wszystko jest w
naszym plecaku. Wyjeżdżając na pierwszą wyprawę,
nasz samochód wyglądał jak mała ciężarówka
dostawcza z hipermarketu dziecięcego (zaznaczam,
że w rzeczywistości jest to tylko Toyota
Yaris!!!). Z czasem ta lista rzeczy uległa
znacznej redukcji. Nabierając doświadczenia
wiemy, co jest rzeczywiście najpotrzebniejsze, a
co raczej się nie przyda. Teraz jesteśmy w
stanie spakować się w jeden plecak.
Znajdziecie tutaj krótkie relacje wraz z
dokumentacją zdjęciową z naszych wspólnych
wypraw. Opisując każdy ze szczytów zachowałam
kolejność, w jakiej je zdobywaliśmy. Z każdym
kolejnym szczytem Adaś jest coraz większy, a my
śledzimy jego rozwój i reakcję na zaproponowane
przez nas wędrówki. Mam tylko nadzieję, że nadal
będzie to dla niego wielką frajdą, podobnie jak
dla nas, a każdy kolejny szczyt zdobyty przez
nas będzie z pewnością opisany.
Szczyty
zaliczane do Korony Gór Polski
|
Szczyt
|
Pasmo
górskie |
Wysokość m
npm |
|
Rysy |
Tatry |
2499 |
|
Babia Góra |
Beskid
Żywiecki |
1725 |
|
Śnieżka |
Karkonosze |
1602 |
|
Śnieżnik |
Masyw
Śnieżnika |
1425 |
|
Tarnica |
Bieszczady |
1346 |
|
Turbacz |
Gorce |
1314 |
|
Radziejowa |
Beskid
Sądecki |
1262 |
|
Skrzyczne |
Beskid
Śląski |
1257 |
|
Mogielica |
Beskid
Wyspowy |
1173 |
|
Wysoka Kopa |
Góry
Izerskie |
1126 |
|
Rudawiec |
Góry
Bialskie |
1112 |
|
Orlica |
Góry
Orlickie |
1084 |
|
Wysoka
(Wysokie Skałki) |
Pieniny |
1050 |
|
Wielka Sowa |
Góry Sowie |
1015 |
|
Lackowa |
Beskid
Niski |
997 |
|
Kowadło |
Góry Złote |
989 |
|
Jagodna |
Góry
Bystrzyckie |
977 |
|
Skalnik |
Rudawy
Janowickie |
945 |
|
Waligóra |
Góry
Kamienne |
936 |
|
Czupel |
Beskid Mały |
933 |
|
Szczeliniec
Wielki |
Góry
Stołowe |
919 |
|
Lubomir |
Beskid
Makowski |
912 |
|
Biskupia
Kopa |
Góry
Opawskie |
889 |
|
Chełmiec |
Góry
Wałbrzyskie |
869 |
|
Kłodzka
Góra |
Góry
Bardzkie |
765 |
|
Skopiec |
Góry
Kaczawskie |
724 |
|
Ślęża |
Masyw Ślęży |
718 |
|
Łysica |
Góry
Świętokrzyskie |
612 |
Łysica 612 m n.p.m. (30
czerwca 2007)
Nazywana jest także Górą Świętej Katarzyny i
jest najwyższym szczytem Pasma Łysogór w
obszarze ochrony ścisłej Świętokrzyskiego Parku
Narodowego. Przez znaczną część turystów góry te
nie są uznawane za góry, jednak jeśli zdobywa
się Łysicę od Świętej Katarzyny albo ogląda
szczyt z Kraińskiego grzbietu (droga boczna na
Krajno), Łysica robi prawdziwie górskie
wrażenie. Góra ma dwa wierzchołki. Wschodni
wierzchołek, nazywany Skałą Agaty lub
Zamczyskiem, wznosi się na wysokość 608 m n.p.m.
Jest to skalna grań o długości ok. pół
kilometra. Na wyższym wierzchołku zachodnim
znajduje się pamiątkowy krzyż z 1930 r. oraz
wieża triangulacyjna. Wejście na szczyt zajmuje
ok. 50-60 minut, droga jest przyjemna, niezbyt
stroma. Szlak prowadzący na szczyt zaczyna się
we wsi Święta Katarzyna i przebiega przez całe
Łysogóry. Łysica jest całkowicie porośnięta
lasem, dlatego też widoki podczas drogi i ze
szczytu są bardzo ograniczone. Tylko od strony
północnej i południowej szczyt otaczają
gołoborza i są to jedyne miejsca widokowe,
specjalnie udostępnione dla turystów. Najwyższy
punkt w okolicy w otoczeniu jodłowej puszczy był
od wieków miejscem pogańskiego kultu. Stąd
wzięły się prawdopodobnie legendy o sabatach
czarownic, odbywających się na Łysicy i
pobliskiej Łysej Górze. Zakonnicy, którzy
zwalczali stare obrzędy wybudowali w Św.
Katarzynie i na Św. Krzyżu klasztory. Klasztor
benedyktynów (obecnie oo. Oblatów) na Św. Krzyżu
na szczycie Łysej Góry, czyli Łyśca, stał się
miejscem pielgrzymek po tym, jak węgierski
królewicz Emeryk podarował powstającemu
klasztorowi relikwię krzyża świętego. Opactwo
zostało założone przez Bolesława Chrobrego w
1006 rok. W klasztorze, oprócz relikwii znajduje
się w krypcie zmumifikowane ciało księcia
Jeremiego Wiśniowieckiego, choć wielu naukowców
podważa autentyczność obu pamiątek.
Łysica to pierwszy zdobyty przez nas szczyt z
listy KGP. Podczas tej wędrówki dzielnie
towarzyszyła nam cała rodzinka Paprzyckich. Z
perspektywy wędrowania po górach z małym
dzieckiem, Łysica to jeden z najłatwiejszych
szczytów do zdobycia, który nie nastręcza
praktycznie żadnych trudności. Oczywiście pod
warunkiem, że nasz Maluch lubi oglądać świat
siedząc w nosidełkach. Mamy to szczęście, że
Adaś bardzo lubi ten sposób podróżowania. W
momencie zdobywania Łysicy miał skończone pół
roczku i nosiliśmy go w nosidełkach przednich.
Adaś dzielnie „maszerował” z tatą, który co
chwila podawał mu kamyczki, a nasz Maluch z
wielką radością rzucał je z powrotem na ziemię.
Szczyt zdobyliśmy późnym popołudniem, a Adaś
kołysany równym krokiem podczas zejścia, zasnął
pełen wrażeń.
(Łysica
fotki)
Ślęża
718 m n.p.m. (31 lipca 2007)
Góra ta, dawniej nazywana również Sobótką, jest
najwyższym szczytem Masywu Ślęży. Ze względu na
imponujący wygląd, znaczną wysokość względną
(ok. 500 m) oraz specyficzny mikroklimat, jest
nazywana także Śląskim Olimpem.
Wędrówka na Ślężę z pewnością będzie
interesująca dla starszych dzieci, którym
rodzice mogą opowiadać tajemnicze historie o
mieszkających tam dawno plemionach . Góra
stanowiła bowiem ośrodek pogańskiego kultu
solarnego miejscowych plemion. Na szczycie, tuż
przed granicą lasu, odnaleźć można fragmenty
kamiennych wałów kultowych, o szerokości ok. 12
m, będących pozostałością Ślężańskiego Ośrodka
Kultowego, powstałego między XII a III wiekiem
p.n.e. Ponadto, w regionie Ślęży zobaczyć można
zagadkowe posągi z charakterystycznym symbolem
ukośnego krzyża. Są to znaki solarne. Wśród
najbardziej znanych posągów wymienia się: Grzyba
(prawdopodobnie dolna część ludzkiej postaci),
znajdującego się w miejscowości Sobótka; Mnicha
– u stóp góry; Postać z rybą i Dzika, których
spotykamy przy drodze na szczyt oraz
Niedźwiedzia, znajdującego się na szczycie góry.
Na szczycie Ślęży znajduje się Kościół
Nawiedzenia NMP wybudowany w 1702 r. na ruinach
zamku, Dom Turysty PTKK im. Romana Zmorskiego
zbudowany w 1908 r., a nieco dalej od szczytu
maszt stacji nadawczej Ośrodka Wrocławskiego TVP
o wysokości 136 m. Sama góra i jej region nie
należy do znanych regionów turystycznych w
Polsce i można tutaj liczyć na spokój i ciszę.
Jednak warto odwiedzić interesujące miejsca, jak
np. grodzisko i rezerwat archeologiczny w
Będkowicach, Wspinaczka na Ślężę jest przyjemna
i łatwa, a widoki ze szczytu – imponujące. W
końcu to najwyższa samotna góra Polski. Gorąco
polecamy!!!
Dla wędrujących po górach Maluchów, droga na
szczyt może także być ciekawa. Wyruszając z
Sobótki mamy przed sobą ok. 1,5 godz. marszu
Drogą Ślężan, prowadzącą u stóp wieży widokowej
zlokalizowanej na wierzchołku Wierzycy.
Zdecydowanie bliższy szlak prowadzi z Przełęczy
Tąpadła (384 m n.p.m.), a droga przecina bukowy
las. Tylko od inwencji twórczej rodziców zależy
sposób zabawy z dzieckiem w trakcie drogi. Z
Adasiem zdobyliśmy Ślężę 31 lipca 2007 roku.
Wydawało się, że wiemy już wiele o podróżowaniu
z dzieckiem, bo właśnie wracaliśmy z Francuskich
Alp. Jednak góra potrafiła nas zaskoczyć. W
krótkim czasie zrobiło się zimno i trzeba było
oddać Adasiowi nasze polary, żeby zabezpieczyć
go przed chłodem. Wszystko skończyło się dobrze,
ale z przestrogi danej przez góry już zawsze
korzystaliśmy. Niezależnie od pory roku i
wysokości szczytu, dla malucha trzeba zabierać
ekwipunek taki, jakby wspinał się na K2 zimą.
(Ślęża -
fotki)
Wysoka
1050 m n.p.m. (6 października 2007)
Mało kto wie, że najwyższym szczytem Pienin nie
są Trzy Korony (982 m n.p.m.), ale Wysokie
Skałki nazywane Wysoką w Małych Pieninach.
Wapienne urwiska wznoszą się stromo ponad
wapiennymi Wąwozami Homole i Białej Wody oraz
ponad płynącym w dole Grajcarkiem. Właśnie w tej
scenerii nagrywany był znany serial o
szlachetnym rozbójniku – Janosiku. Najkrótszy
szlak na Wysoką prowadzi z Jaworek przez ścisły
rezerwat przyrody zlokalizowany w Wąwozie
Homole. Jaworki, oddalone o 10 km od Szczawnicy,
są spokojną wioską, w której głównym zabytkiem
jest łemkowska cerkiew. Historycy są zgodni, że
w Jaworkach kończył się zasięg przedwojennej
Łemkowszczyzny, którą zamieszkiwali wołoscy
pasterze – ludność pochodząca z Karpat
Wschodnich.
Wysoka była naszą pierwszą prawdziwą górą.
Złożyło się na to kilka przyczyn. Po pierwsze
szczyt wznosi się na wysokość przekraczającą
1000 m n.p.m., jest stromy, a końcówka szlaku
wymaga „wspinaczki” w wapiennych skałach, nawet
jeśli wybierze się, tak jak my, najkrótszy szlak
z Jaworek. Po drugie nasza eskapada miała
miejsce w październiku, kiedy dni są krótkie i
chłodne. Trudno „wstrzelić się” w najlepszą porę
dnia dogodną dla małego dziecka. Po trzecie,
zdecydowaliśmy się na nocleg w schronisku PTTK
„Orlica” w Szczawnicy. Jest to schronisko
zabytkowe, o bogatej przeszłości, ale zupełnie
nieprzystosowane dla turystów z dziećmi i
obecnie niestety bardzo zaniedbane.
Było to nasze pierwsze wyjście z Maluchem w góry
w nosidełkach tylnych. W związku z tym pojawiło
się wiele niewiadomych: jak Adaś będzie czuł się
w takich nosidełkach, czy będzie mu wygodnie
itd. Adaś, wędrując do tej pory w nosidełkach
przednich, widział przed sobą całą drogę i był
po prostu przyzwyczajony do takiego sposobu
poruszania się. Teraz, zapakowany na plecy Taty,
czuł się trochę nieswojo i odmówił dalszej
drogi. Dlatego jeszcze w Wąwozie Homole
musieliśmy przenieść go do nosidełek przednich.
Jakie szczęście, że przezornie wzięliśmy je ze
sobą! Ubrany w ciepłe rzeczy, Adaś już ledwo
mieścił się w te nosidełka, jednak pokrzykiwał
radośnie.
W dniu naszej wyprawy pogoda była niestabilna.
Po wyjściu z Wąwozu postanowiliśmy ubrać Malucha
nieco cieplej. I tutaj pojawiły się kolejne
kłopoty. Adaś ogromnym krzykiem oznajmił nam, że
wcale mu się nie podoba nowiutki, zimowy
kombinezon i za żadne skarby nie zamierza w nim
dalej iść. Z wielkim trudem udało nam się
wcisnąć ubranko jedynie na nogi (z pomocą
przyszły biegające psy pasterskie i stada owiec
pasące się na hali) i przetłumaczyć Adasiowi, że
będzie mu zdecydowanie wygodniej w nosidełkach
tylnych. I wtedy pojawiła się kolejna stresowa
sytuacja – Adaś, kołysany marszem,
niespodziewanie zasnął. Sporo się nasłuchaliśmy
opowieści o dzieciach, które przemarznięte na
górskich wycieczkach zasypiają i nigdy się nie
budzą. Paweł uspokajał mnie, że nic złego się
nie dzieje, Adasiowi jest cieplutko i spokojnie
się wyśpi. Tak więc ze śpiącym Adasiem
zdobyliśmy szczyt Wysokiej, z którego roztaczają
się imponujące widoki na Tatry, Pasmo
Radziejowej, Magurę Spiską i Pieniny.
W drodze powrotnej, kilkanaście metrów pod
szczytem, Adaś obudził się i po wypiciu butli
kaszki, siedząc na granicznym słupku
polsko-słowackim, obdarzył nas radosnym
uśmiechem. Potem zadowolony podskakiwał w
nosidełkach, domagając się patyków i kamyków do
rzucania, chociaż pod koniec wycieczki był już
bardzo zmęczony. Ogromnie zaciekawiło go stado
przepędzanych przez hale owiec, które mógł
dosłownie dotknąć. Zdobycie Wysokiej, natchnęło
Pawła do podjęcia próby wspinaczki na Trzy
Korony. Następnego dnia zwiedziliśmy słowacki
Czerwony Klasztor, a potem doszliśmy ze
Sromowców do schroniska pod Trzema Koronami.
Pogoda była lepsza niż w trakcie zdobywania
Wysokiej, ale Adaś nie miał zupełnie nastroju na
górskie wędrówki. Weszliśmy jedynie w Wąwóz
Sobczański, jednak Adasia nie zainteresowało
stado owiec, psy pasterskie, a nawet płynący
wzdłuż drogi potok. Trudno. Czasami trzeba
zawrócić nawet tuż przed wierzchołkiem.
Najważniejsze jest dobre samopoczucie Malucha. (Wysoka
- fotki)
Tarnica 1346 m n.p.m. (9 czerwca 2008)
Z nadejściem lata 2008 roku postanowiliśmy
wyruszyć na włóczęgę wzdłuż południowej granicy
Polski. Z dnia na dzień przemieszczaliśmy się
samochodem ze wschodu na zachód, przekraczając
nawet nielegalnie słowacką granicę na Przełęczy
Beskid koło Ożennej. Odwiedziliśmy też
Bieszczadzki i Magurski Park Narodowy,
przejechaliśmy wielką pętlę bieszczadzką i
Dolinę Popradu, zwiedziliśmy łemkowskie cerkwie
w okolicach Krępnej i stadninę hucułów w
Gładyszowie. Na naszej trasie znalazły się trzy
szczyty Korony: Tarnica, Lackowa i Radziejowa.
Korzystaliśmy głównie z kwater
agroturystycznych, ale nie unikaliśmy też
biwaków pod namiotem. Ten sposób nocowania
odpowiada szczególnie Pawłowi, ja zawsze martwię
się, czy przypadkiem Adaś nie zmarznie w nocy.
Nowoczesny sprzęt biwakowy gwarantuje jednak
wystarczający komfort i ciepło. Zdarzało się już
nieraz, że nocą odkrywaliśmy Adasia, aby nie
przegrzał się śpiąc pod puchowym śpiworem.
Jedyny problem polega na tym, że małe dzieci
traktują namiot jako dobre miejsce zabawy, ale
nie jako miejsce do spania. Dlatego też czasami
musieliśmy mocno się napracować, aby przekonać
Adasia do zaśnięcia w namiocie. Dochodzi jeszcze
jeden problem – oświetlenie w namiocie.
Wystarczy w tym celu latarka z diodami zamiast
żarówki, która świeci nawet przez kilka nocy bez
konieczności wymiany baterii. Za to poranki po
takiej nocy są wyjątkowo szczęśliwe dla
Maluchów, które od momentu przebudzenia mogą
brykać po namiocie i po trawce.
Najwyższy szczyt polskich Bieszczadów – Tarnica
– wznosi się na krańcu pasma połonin, w grupie
tzw. gniazda Tarnicy i Halicza. Wąski, ostry,
nieco wydłużony grzbiet góry, z dwoma wyraźnymi
wierzchołkami (1346 i 1339 m n.p.m.), wyścielają
złomiska skał i zdobią bruzdy naturalnych
zagłębień, a także resztki wojennych okopów. W
tutejszych gołoborzach, nazywanych przez bojków
grechotem, jeszcze do niedawna gniazdowały
ostatnie w tej części Polski orły przednie. Na
głównej kulminacji znajduje się punkt geodezyjny
i żelazny krzyż ustawiony w 1987 r.,
upamiętniający – wraz z wmurowaną tablicą –
pobyt ks. Karola Wojtyły 5 lipca 1954. Ze
szczytu, oprócz wspaniałej panoramy najbliższych
grzbietów polskiej części Bieszczadów, w pogodne
dni można dostrzec, położone na Ukrainie,
szczyty Bieszczadów Wschodnich, Połoninę Równą,
Ostrą Horę a nawet dalekie szczyty Gorganów. Na
Tarnicę można dotrzeć przez widokowe połoniny
Szerokiego Wierchu z Ustrzyk Górnych, idąc
czerwonym Głównym Szlakiem Beskidzkim, który
rozpoczyna się w Ustroniu w Beskidzie Śląskim a
kończy się na pobliskim Rozsypańcu. My
wybraliśmy krótszą, ale bardziej stromą wersję
wspinaczki na Tarnicę – niebieskim szlakiem z
Wołosatego.
Tarnica nie była pierwszym szczytem
bieszczadzkim zdobytym przez Adasia. W czerwcu
2007 roku wdrapaliśmy się wspólnie na
przedwierzchołek Bukowego Berda. Adaś kończył
wtedy pół roku. Był to zarazem pierwszy szczyt
górski zdobyty przez Adasia. Nie wiedzieliśmy
jeszcze, że za kilka miesięcy będziemy mogli
bezpiecznie poruszać się po Alpach i Tatrach. Na
podstawie lektury „specjalistycznych” czasopism
dla rodziców wykluczaliśmy taką ewentualność. Na
szczycie odszukaliśmy butelkę wina, którą
przechowujemy w skalnej szczelinie z roku na rok
od czasu naszego ślubu w Mucznym. Celem wyprawy
w czerwcu 2008 roku było odszukanie kolejnej już
butelki, ale również próba dotarcia na Tarnicę
przez Bukowe Berdo i Krzemień. Niestety silny
wiatr pokrzyżował nasze plany, chociaż wino
przetrwało rok w bardzo dobrej kondycji.
Na Tarnicę wyruszyliśmy w gorący, słoneczny
dzień. Dlatego od samego początku trzeba było
używać przeciwsłonecznego daszka, w który
wyposażone są nosidełka Adasia. Minęliśmy stare
cerkwisko w Wołosatym i staraliśmy się jak
najszybciej przejść rozległe polany nieopodal
wsi. Zwykle pasą się na nich hucuły z pobliskiej
stadniny. Tym razem koni jednak nie było i
jedyną rozrywką dla Adasia były kałuże
rozlewających się potoczków i żyjące w nich
żaby. Z Wołosatego podążała za nami grupka
dzieci, więc Adaś dodatkowo dopytywał się stale,
gdzie są dzieci i czy już nas doganiają. W
połowie drogi na szczyt możemy przyjemnie
odpocząć w drewnianej wiacie, znajdującej się
jeszcze przed wejściem na połoniny. Adaś zjadł z
apetytem drugie śniadanie – dzieci zazwyczaj
znacznie lepiej jedzą, będąc stale na świeżym
powietrzu. Dochodziliśmy do granicy lasu –
zaczynały się połoniny. Mogliśmy podziwiać
piękne bieszczadzkie widoki, ale niestety
pojawił się też wiatr. Adaś okropnie nie lubi
wiatru, więc musieliśmy znacznie przyśpieszyć
tempo wejścia na szczyt, do tego stopnia, że
Paweł dosłownie wbiegł z Adasiem na szczyt, co
bardzo podobało się Maluchowi. Udało nam się
nawet skrócić opisywany czas przejścia o 15
minut!! Adaś był zachwycony Tarnicą – na
szczycie znajduje się całe mnóstwo kamieni,
które można przenosić, rzucać w przepaście,
budować wieże, no i oczywiście zabrać ze sobą w
nosidełka. W drodze powrotnej Adaś zasnął i
spokojnie pokonaliśmy większą część trasy w dół.
Dzieci, które budzą się w nosidełkach lub w
samochodzie i widzą wokół siebie oboje rodziców
i zmieniające się otoczenie, wcale nie są
nerwowe, lecz wręcz przeciwnie, witają świat z
uśmiechem i ciekawością. Adaś marudny jest
czasami po długim śnie w domu, ale rzadko w
podróży. W Wołosatym byliśmy wczesnym
popołudniem i wyruszyliśmy w dalszą drogę w
kierunku Lackowej. Zanim dotarliśmy do kolejnej
góry przenocowaliśmy niedaleko Krępnej nad
sztucznym jeziorem, w przyjemnym ośrodku, który
prowadzi górski łazik – zdobywca Mont Blanc i
Elbrusa. W okolicy rozciągały się dziewicze lasy
Magurskiego Parku Narodowego – jednego z
najmłodszych w Polsce. Gorąco polecamy. (Tarnica
- fotki)
Lackowa 997 m n.p.m. (11 czerwca 2008)
Jest najwyższym szczytem po polskiej stronie
Beskidu Niskiego w paśmie Gór Hańczowskich.
Lackowa położona jest pomiędzy słynącymi z
dobroczynnego klimatu i unikalnych wód
mineralnych uzdrowisk: Krynicą na zachodzie, a
Wysową na wschodzie, na granicy ze Słowacją.
Czasem żartobliwie nazywana Górą Policyjną (ze
względu na wysokość). Zachodnia ściana góry,
którą biegnie zielony szlak turystyczny, jest
najbardziej stromym w Beskidzie Niskim, a nawet
w całych Beskidach odcinkiem znakowanego szlaku
turystycznego. Na północnych stokach Lackowej
znajdują się pozostałości szańców konfederatów
barskich z 2. połowy XVIII wieku. Dwieście lat
temu wierzchołek góry nie był zalesiony i służył
za punkt sygnalizacyjny, dlatego też nazywano go
również „Chorągiewką Pułaskiego". Służył
dowodzonym przez Kazimierza Pułaskiego
konfederatom jako punkt sygnalizacyjny. Na
szczycie umieszczano chorągiew, za pomocą której
porozumiewały się obozy w Izbach i Blechnarce.
Pamiątką tych wydarzeń jest także przełęcz
Pułaskiego rozdzielająca Ostry Wierch od
Lackowej.
Rejon Lackowej, z wyjątkiem miejscowości Wysowa,
nie jest popularnym terenem turystycznym. U
podnóża szczytu znajduje się wioska Izby.
Odjeżdżając nieco dalej od wsi, docieramy do
Bielicznej, w której znajduje się samotna,
bielona kapliczka. My zdecydowaliśmy się na
nocleg pod namiotem w Izbach, ale nie udało się
nam znaleźć tam dogodnego miejsca do biwaku.
Wyjechaliśmy w kierunku Mochnaczki stromą drogą,
przy której na wybitnym wzniesieniu stoi stylowy
„Dom na Łąkach”. Ceny noclegu w pokojach są
zapewne zawrotne, ale gościnni gospodarze
pozwolili nam rozbić namiot w przepięknej
scenerii znajdującego się wokół ogrodu. Walorem
kwatery są przede wszystkim plac zabaw dla
dzieci (gospodarze są młodymi rodzicami) oraz
przyjacielskie psy. Bernardyn, przewyższający
wzrostem Adasia, nie odstępował nas na krok.
Po zwinięciu obozowiska następnego dnia rano,
zjechaliśmy samochodem do Izb i wzdłuż
ogrodzenia wielkiej, prywatnej stadniny koni, w
której hodowane są także krowy rzadkich ras,
dotarliśmy po gruntowej drodze w pobliże
Przełęczy Beskid (644 m n.p.m.). Z niej,
znakowany szlak turystyczny, wyprowadził nas na
szczyt Lackowej. Choć odległość do wierzchołka
nie jest zbyt wielka, podejście było jednym z
trudniejszych, które przyszło nam pokonać.
Stromizna jest tak wielka, że dla bezpieczeństwa
Adasia, Paweł musiał podczas wspinaczki używać
rąk. Dodatkowo, w celu zabawiania Malucha,
recytował razem z Adasiem „Lokomotywę” Tuwima i
dotarł do grzbietu szczytowego zalany potem.
Później nie było jednak większych problemów ze
zdobyciem szczytu. Adaś o własnych siłach
pokonał ostatnie kilkaset metrów płaskiego
grzbietu i zdobył zarośnięty bukową puszczą
szczyt Lackowej. Zejście, chociaż trochę
emocjonujące, ze względu na ekspozycję,
zakończyło się szczęśliwie. Już po dwóch
godzinach od zdobycia szczytu byliśmy w drodze
na skróty do Tylicza, a potem przez Krynicę,
Muszynę i Piwniczną wjechaliśmy w dolinę Suchej
Wody do Obidzy, znajdującej się w Beskidzie
Sądeckim. (Lackowa
- fotki)
Radziejowa 1262 m
n.p.m. (12 czerwca 2008)
To najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego. Planując
zdobycie Radziejowej wybraliśmy jedną z
najkrótszych dróg na szczyt. Szlak niebieski
rozpoczyna się w Piwnicznej, ale aż do Obidzy
można dotrzeć samochodem. Ścieżka prowadzi dalej
przez szczyt Wielkiego Rogacza, aż do głównego
beskidzkiego szlaku na Radziejową. Bacówka na
Obidzy, w której spędziliśmy noc, znajduje się
kilka kilometrów od Piwnicznej, na wysokości 931
m n.p.m., co dla zdobywających górę z małym
dzieckiem jest bardzo ważną informacją. Do
szczytu pozostaje już tylko nieco ponad 300
metrów przewyższenia, ale i tak szacowany czas
przejścia wynosi ok. 2,5 godziny.
Nasze zdobywanie Radziejowej zaplanowaliśmy na
12 czerwca 2008 roku. Pogoda nie zapowiadała się
tego dnia rewelacyjnie, ale jeszcze nie padało.
Po nocy spędzonej w bardzo komfortowych
warunkach, spakowaliśmy się szybciutko i już
przed godziną 10 byliśmy na szlaku. Adaś w
tylnych nosidełkach pokrzykiwał do spotkanych
przy gospodarstwach kur, a potem pozdrowiał
jadących konno górali, którzy pozostawili gdzieś
w górach stada swoich owiec. Droga na szczyt
Radziejowej prowadzi głównie przez las, więc tym
razem poszukiwaliśmy z Adasiem wilka i innych
bajkowych zwierząt leśnych, a także Czerwonego
Kapturka i pana leśniczego. Po odebraniu kilku
telefonów komórkowych z pracy, trochę
zapomnieliśmy o naszym Maluchu, dlatego w pewnej
chwili Adaś dał nam głośno znak, że on też z
nami idzie. No i zaczęło się. Maluch, oburzony
naszym lekceważeniem, kategorycznie odmówił
dalszego spaceru w nosidełkach. Postanowił iść
sam, co w obliczu narastających czarnych chmur
na horyzoncie, zapowiadało raczej mokre wejście
na szczyt. Jak na dokładkę, Adaś nie miał
zamiaru trzymać naszego kierunku marszu, więc
dla zachęcenia go do kierowania się we właściwą
stronę zaczęliśmy rysować na drodze wszystkie
literki, które już poznał. Podziałało i Adaś
zaczął głośno mówić, jaki wyraz zaczyna się na
narysowaną przeze mnie literkę. Na naszej drodze
pojawiły się połamane drzewa, które dodatkowo
zainteresowały Malucha. Można w nich szukać
ukrytego misia! Ale niestety, zaczął padać
deszcz. Rozłożyliśmy parasolkę, która zawsze
sprawdza się na wycieczkach w górach. Adaś
wrócił do nosidełek i zaczął z góry wrzucać
kamyki do każdej pojawiającej się po deszczu
kałuży. Bardzo go to bawiło. W okolicach
Wielkiego Rogacza szlak skręcił w prawo i
zaczęło się ostre podejście pod górę.
Kilkadziesiąt metrów przed szczytem Adaś zaczął
znowu sam maszerować i szczyt Radziejowej
„zdobył” o własnych siłach.
Na szczycie Radziejowej znajduje się drewniana
wieża widokowa o wysokości 20 metrów, która
została oddana do użytku w 2006 roku. Roztacza
się z niej rozległa panorama, którą podziwiał
tylko Paweł. My zostaliśmy na dole, a Adaś
bardzo ubolewał, że nie pozwalamy mu wchodzić na
drewniane, śliskie od deszczu schodki. Oprócz
wieży na szczycie znajdują się również pomnik
1000-lecia Polski oraz betonowy obelisk. Po łyku
ciepłej kaszki i wykonaniu kilku pamiątkowych
zdjęć, schodzimy szybko w dół. Mimo, że mamy
połowę lipca Adaś maszeruje w zimowych butach i
ciepłych swetrach – dzieci trochę inaczej tracą
ciepło niż dorośli. Po dojściu do schroniska
zjadamy niewielki obiad, a Adaś oczywiście biega
niezmordowany wokół budynku i jedno z nas musi
biegać razem z nim. A tak by się chciało usiąść
w spokoju i wypić małe piwko po zdobyciu
szczytu. Cóż, takie są uroki wędrówki z
Maluchem!!!. (Radziejowa
- fotki)
Turbacz 1310 m n.p.m. (19 lipca 2008)
Najwyższy szczyt Gorców leży kilkaset metrów
powyżej murowanego, starego schroniska PTTK,
zajmującego pokaźną część Polany Wolnica. Sam
szczyt góry otoczony jest gęstym borem
świerkowym. Stoi tu brzydki, naznaczony
współczesnymi „inskrypcjami”, kamienny obelisk
oraz żelazny krzyż z datami 1945-1985. Przy
szlaku prowadzącym ze schroniska na szczyt
znajduje się Muzeum Kultury i Turystyki Górskiej
PTTK – niewielki, drewniany budynek, w którym
przedstawione są fotografie o historii turystyki
w Gorcach, historia schroniska na Turbaczu oraz
postać Władysława Orkana. Nieopodal na głównym
grzbiecie Gorców położone są rozległe polany, na
których nadal prowadzony jest wypas owiec. Z
Hali Długiej i Polany Bukowina roztaczają się
rozległe panoramy na Kotlinę Nowotarską, Pieniny
i Tatry, które widać też wspaniale z tarasu
schroniska. Znajdują się tu również resztki
pasterskich szałasów – pozostałości po dawnym
wołoskim osadnictwie. W jednym z takich szałasów
na Polanie Bukowina ksiądz Karol Wojtyła
odprawiał mszę po raz pierwszy odwrócony twarzą
do wiernych. Teraz znajduje się tutaj tylko
ściana szałasu z framugą drzwi, w których stał
ołtarz i pamiątkowy krzyż.
Zdobycie Turbacza to, jak do tej pory, jedna z
naszych największych przygód podczas górskich
wędrówek z Adasiem. Po raz pierwszy planowaliśmy
dwudniowe wyjście w góry z plecakiem i nocleg w
schronisku. Nawet podejście najkrótszym szlakiem
ze wsi Koninki zajmuje ponad 3 godziny marszu.
Zdobycie szczytu i spokojne zejście z niego
wymaga całodziennej wędrówki, na którą mogą
sobie pozwolić tylko starsze dzieci.
Wychodząc rano na szlak nic nie zapowiadało
załamania pogody. Mieliśmy jednak ze sobą
przeciwdeszczowe rzeczy Adasia i kilka jego
ulubionych drobiazgów, niezbędnych na nocleg w
schronisku (ulubiona podusia, misio, nawet
lampka nocna z księżycem). Nasz plecak był
ogromnie ciężki (prawie 30 kg). Dlatego też tym
razem postanowiliśmy zmienić reguły wędrówki: ja
miałam nieść Adasia, a Paweł ten ogromny plecak.
Chcę uczulić wszystkie mamy, że to wcale nie
jest prosta sprawa iść z Maluchem w nosidełkach,
tym bardziej, gdy nasza pociecha waży 14 kg i
niezmordowanie wierci się i wymachuje nóżkami.
Czasami można stracić równowagę! Dlatego sporo
wysiłku kosztował mnie pierwszy etap podejścia.
Na domiar złego, nagle załamała się pogoda.
Nadciągnęła niespodziewana burza i musieliśmy
szybko schować się w lesie pod osłoną świerków.
Adaś nie boi się pomruków burzy i z
zaciekawieniem pokazywał swoim ulubionym
maskotkom, co dzieje się wokół.
W momencie rozpogodzenia, postanowiliśmy
przyspieszyć kroku. Paweł wziął Adasia, a ja
nasz plecak. Ledwo udało mi się zarzucić go na
plecy, a Adaś widząc mamę z trudem wychodzącą z
lasu głośno zawołał: „Mama miś!” Na horyzoncie
widać było kolejne burzowe chmury, więc nawet
szybki marsz nie uchronił nas przed drugą burzą.
Przeczekaliśmy ją siedząc pod parasolką na
ławeczce, a Adaś nie mógł się doczekać, kiedy
założy kalosze i pobiega po kałużach. Trzeciej
burzy już nie przeczekiwaliśmy w lesie, tylko
dzielnie brnęliśmy w potokach płynącej zewsząd
wody. Po raz kolejny przydał się parasol, bo
dzieci zazwyczaj nie lubią krępujących ich ruchy
przeciwdeszczowych ubrań. Na szczęście na
Polanie Bukowina wyszło słońce i ostatni odcinek
pokonaliśmy wśród gorczańskich widoków i
ociekających wodą traw.
Nasz mały pokoik w schronisku, zarezerwowany
kilka dni wcześniej, zamienił się w suszarnie
mokrych rzeczy. Straty nie były zbyt poważne i
jeszcze tego samego dnia zdobyliśmy szczyt
Turbacza, na którym całą rodziną posilaliśmy się
soczystymi jagodami. Podczas kilkudniowych
wycieczek problemem jest zazwyczaj przygotowanie
posiłków dla Malucha. Nie wystarczy czerstwe
pieczywo i oscypek zdobyty na pobliskiej Długiej
Hali. Gotowaniem zajmuje się zwykle Paweł. Jeśli
ktoś zaryzykuje gotowanie dla małego dziecka
poza domem, będzie zaskoczony, jak mało potrzeba
do tego rzeczy. Najłatwiej oczywiście podgrzać
na gazowym palniku gotowe zupki i deserki
Bobovity czy Gerbera. Słoiczki niestety dużo
ważą, a nasz Adaś za nimi nie przepada.
Najchętniej zjada zupę pomidorową albo rosół z
torebki uzupełniony makaronem, które można
dodatkowo urozmaicić świeżymi warzywami. Przed
snem robimy obowiązkową kaszkę Bobovity lub
Nestle. Ulubioną potrawą na śniadanie jest
pasztet z puszki z kechupem i świeżym ogórkiem.
Mogę sobie wyobrazić przerażenie większości mam
po przeczytaniu tych zdań. Jednak, czy
rzeczywiście kilka dni na takim jedzeniu szkodzi
dzieciom, które dodatkowo przebywają ciągle na
świeżym powietrzu? Co jest bardziej szkodliwe
cukierek, chipsy i oranżada ze sztucznymi
barwnikami czy zupka Knorra „bez konserwantów”?
Pewnie są tak samo niezdrowe, ale to już nasze
cywilizacyjne zdobycze. (Turbacz
- fotki)
Lubomir 904 m n.p.m. (20 lipca 2008)
Najwyższe wzniesienie w Beskidzie Makowskim jest
bardzo przyjemnym celem do krótkich wędrówek z
dzieckiem, zwłaszcza starszym i zainteresowanym
astronomią. Ze wsi Wiśniowa boczna droga
wprowadza na Przełęcz Jaworzyce, a potem do
Parylówki i parkingu u podnóża góry, skąd po
2,5-kilomterowym spacerze wygodną, szutrową
drogą można wejść na szczyt Lubomira. Na
wierzchołku przed II wojną światową powstało
niewielkie obserwatorium astronomiczne. Teren
pod placówkę naukową przekazał książę Kazimierz
Lubomirski i stąd szczyt góry nosi imię
darczyńcy. Stare obserwatorium na Lubomirze na
trwałe zapisało się w historii światowej
astronomii. W 1925 roku kierownik obserwatorium
Lucjan Orkisz, a następnie 11 lat później
astronom amator z pobliskiej Węglówki –
Władysław Lis, odkryli nie opisane dotąd komety.
Podczas wojny pasmo Lubomira i Łysiny było
miejscem stacjonowania oddziałów partyzanckich i
latem 1944 roku obserwatorium wraz ze
znajdującym się obok budynkiem mieszkalnym
zostało spalone przez Niemców. 6 października
2007 roku otwarto na szczycie nowe obserwatorium
astronomiczne imienia znanego astronoma i prof.
UJ Tadeusza Banachiewicza. Posiada ono dwie
kopuły obserwacyjne, z których jedna jest
wyposażona w teleskop. Obserwatorium wzniesiono
od podstaw w ramach projektu unijnego
„Zapomniany Raj – Turystyczna podkowa” z
inicjatywy wójta gminy Wiśniowa – Juliana
Murzyna. Niedługo w pobliżu powstanie również
schronisko turystyczne i zalew wodny.
Lubomir zdobyliśmy w pewnym sensie przypadkowo w
trakcie poszukiwań drogi wejścia na Mogielicę,
dzień po zejściu z Turbacza. Ze stoków Mogielicy
wycofaliśmy się spod szczytu Krzystonów powyżej
wsi Półrzeczki. Do podnóża Lubomira dotarliśmy
przez wieś Szczyrzyc, w której znajduje się
zabytkowy klasztor cystersów. Opactwo liczy
ponad 750 lat i słynie z cudownego obrazu Matki
Boskiej Szczyrzyckiej. Cystersi szczyrzyccy
założyli między innymi miasto Nowy Targ, ale
opactwo słynie też z działającego do 1997
browaru. Tradycyjna receptura piwa ze Szczyrzyca
składała się z „palonego ziarna, cykorii i
chmielu”.
U podnóża Lubormira samochód można zaparkować
nieopodal powstającego schroniska. Niedaleko
znajduje się drewniana wiata. Stamtąd bez
przeszkód zdobyliśmy szczyt, ale musieliśmy
poczekać kilkanaście minut, żeby zwiedzić
obserwatorium. Oprowadza po nim, w określonych
godzinach, dyżurujący pracownik. Adasiowi
wnętrze schroniska, a może bardziej konieczność
wysłuchania przewodnika, bardzo się nie
spodobały. Oznajmił to głośnym krzykiem, pan
przewodnik również zaczął mówić głośniej, więc
wycofałam się z Maluchem, aby przynajmniej
Pawłowi dać możliwość zapoznania się z historią
obiektu. Obserwatorium zwiedziliśmy w prawdziwie
astronomicznym tempie. Adasia zainteresowała
jedynie obrotowa kopuła, w której stoi teleskop.
Z drugiej strony prezentacja słońca nie wypadła
najlepiej i w okularze widać było tylko jasną
plamę, którą podobno była tarcza słońca
przesłonięta przez chmury. Po zejściu ze szczytu
ugotowaliśmy obiad, a następnie wyruszyliśmy na
dalsze poszukiwanie najlepszej drogi na szczyt
Mogielicy. (Lubomir
- fotki)
Mogielica 1170 m.
n.p.m. (21 lipca 2008 i 11 października 2008)
Mogielica jest najwyższym i najładniejszym
szczytem Beskidu Wyspowego. Miejscowi górale zwą
ją Kopą ze względu na regularny kształt
wierzchołka. Jednak jej nazwa wiąże się
prawdopodobnie z historią, według której ze
stromego szczytu zrzucano niegdyś ciała
samobójców. Na szczycie Mogielicy stała
drewniana wieża triangulacyjna, wznosząca się
wysoko ponad koronami drzew. Pod nią oddział
PTTK z Limanowej umieścił specjalną metalową
skrzynkę z pamiątkowymi zeszytami, do których
mogli wpisywać się zdobywcy szczytu. Niestety
wieża zbutwiała i w 1980 r. zawaliła się. W
sierpniu 2008 roku oddano do użytku nową,
20-metrowej wysokości wieżę widokową.
Rozpościerają się stąd rozległe panoramy na
Beskid Wyspowy, Sądecki i Żywiecki, a także na
Gorce, Pieniny i Tatry. Równie wspaniałe widoki
roztaczają się z Polany Stumorgowej, Wyśnikówki
i Cyrli. Nazwa hali Stumorgi pochodzi od dawnej
jednostki powierzchni (mórg to około 0,5 ha).
Dawniej stały na hali szałasy i wypasano tu
ogromne stada owiec. W czasie II wojny światowej
Hala Stumorgowa wykorzystywana była jako miejsce
zrzutów z samolotów alianckich dla działającej w
okolicach partyzantki. Polany podszczytowe są
„wizytówką” Mogielicy i pozwala ją rozpoznać ze
znacznych odległości, np. z wierzchołka
Turbacza. Kilkadziesiąt metrów od szczytu
Mogielicy znajduje się metalowy krzyż poświęcony
Karolowi Wojtyle, który, często tędy wędrował.
Nasze zdobywanie Mogielicy z Adasiem jest
przykładem konieczności stosowania rozpoznania
terenu rodem z wypraw w wysokie góry. Rozległość
masywu Mogielicy sprawia, że na pokonanie
wszystkich szlaków prowadzących z dolin należy
poświęcić ponad dwie godziny. Wejście na Turbacz
zajęło nam wprawdzie trzy godziny, ale później
nocowaliśmy w schronisku w pobliżu szczytu. W
okolicy szczytu Mogielicy nie ma niestety
żadnego schroniska, dlatego też musieliśmy
wrócić w doliny w ciągu jednego dnia. Po
gruntownym przestudiowaniu mapy stwierdziliśmy,
że najkrótszy szlak na Mogielicę prowadzi z
Półrzeczek i Krzystonowa. Na przełęcz
oddzielającą Mały Krzystonów od Mogielicy można
wjechać samochodem po kiepskiej szutrowej
drodze. Miejscowi górale zapewniali nas, że
nawet naszym samochodem damy radę tam wjechać.
Niestety, droga jest zamknięta dla wszystkich
poza pracownikami służby leśnej. Wycofaliśmy
się.
Po przeciwnej stronie góry odnaleźliśmy szlak
zielony, rozpoczynający się w przysiółku
Zalesie, który mógłby wyprowadzić nas niecałe 2
godziny drogi od szczytu. 21 lipca późnym
wieczorem dojechaliśmy z Limanowej przez Starą
Wieś do ostatnich zabudowań na grzbiecie
Mogielicy. Leśna droga kończyła się kilkaset
metrów dalej, nieopodal przydrożnego krzyża, na
wysokości ponad 800 m n.p.m. Droga wejścia na
szczyt została odszukana. Pozostawał tylko
problem znalezienia w pobliżu kwatery. Tylko
jeden dom w Zalesiu oferuje kwatery
agroturystyczne. Z pozoru nie przedstawia się on
najlepiej – napis „pokoje do wynajęcia”
wymalowany na nieco zardzewiałej blaszce
kierował nas do dwupiętrowego „klocka”. Jednak w
środku przywitały nas przestronne i czyste
pokoje z łazienkami, a widok z naszego balkonu
był niezapomniany. Poza pasmem Gorców i Beskidu
Sądeckiego wyłaniał się fragment Tatr Wysokich.
Gospodarzami kwater była para miłych, starszych
ludzi. Adaś mógł również do woli jeść maliny
rosnące w przydomowym ogródku. Niestety,
następnego dnia pogoda nie pozwoliła nam na
zdobycie szczytu.
Powróciliśmy pod Mogielicę w październiku. Po
noclegu u znajomych gospodarzy, przy pięknej
pogodzie, bez trudu wspięliśmy się na szczyt
Mogielicy i podziwialiśmy widoki z papieskiej
polany pod szczytem. Jak zwykle ostatnie metry
przed wierzchołkiem Adaś pokonał o własnych
siłach. Weszliśmy też na drugą kondygnację wieży
widokowej, choć musieliśmy wycofać się z niej z
powodu silnego wiatru. Urozmaiceniem, a
jednocześnie niewielkim utrudnieniem w trakcie
naszej wędrówki był samochód-zabawka. Od pewnego
czasu Adaś nie rozstaje się ze swoją
„betoniarką”, ciągnąc samochód na sznurku.
Niestety górskie szlaki nie nadają się do tego
rodzaju zabawy. Samochodzik przewracał się
ciągle na kamieniach i w końcu został przypięty
do nosidełek, które w takich sytuacjach
wyglądają jak bożonarodzeniowa choinka
przystrojona zabawkami. Adaś jednak cały czas
szukał drogi dla „betoniarki”. Dopiero budując
domek dla misia ze stosu drobnych kamieni,
zapomniał na chwilę o swojej ulubionej zabawce.
(Mogielica -
fotki)
Czupel 934 m n.p.m. (21 września 2008 i 12
października 2008)
Czupel jest najwyższym szczytem Beskidu Małego w
paśmie Magurki Wilkowickiej. Do niedawna za
kulminację tego pasma górskiego uważano Łamaną
Skałę (929 m n.p.m) położoną po drugiej stronie
rzeki Soły i dopiero kilkanaście lat temu
dokładne pomiary kartografów przyznały
pierwszeństwo Czuplowi. Jeszcze 10-lat temu cały
masyw Czupla był zalesiony, a szczyt porastała
piękna buczyna karpacka. Ostatnio wiatrołomy i
wycinka osłabionych kwaśnymi deszczami drzew
spowodowały wylesienie szczytu, co umożliwia
oglądanie rozległych widoków doliny Soły i
Jeziora Czarnieckiego – jednego z trzech
sztucznych zbiorników wodnych utworzonych na
Sole (pozostałe to Jezioro Żywieckie i Jezioro
Międzybrodzkie). W kierunku południowym panorama
obejmuje Beskid Śląski, od którego pasmo Magurki
Wilkowickiej oddzielone jest Bramą Wilkowicka.
Nieopodal szczytu Czupla znajduje się Wietrzna
Dziura – niewielka szczelinowa jaskinia o
długości korytarzy około 33 metrów.
Pomimo, że Czupel jest jedną z najłatwiej
dostępnych gór spośród szczytów zaliczanych do
„Korony”, sprawił nam sporo kłopotów. Nawet
półtoraroczne maluchy mogą wejść na szczyt o
własnych siłach, wspinając się wygodną, leśną
drogą ze schroniska PTTK na Magurce Wilkowickiej
(909 m. n.p.m.). Marsz w jedną stronę nie
powinien zając więcej niż 1,5 godziny, a do
schroniska można dojechać samochodem asfaltową
drogą z Łodygowic. Istnieje jednak ryzyko
otrzymania mandatu od straży leśnej. Droga jest
teoretycznie zamknięta dla ruchu samochodowego,
chociaż goście schroniska nie przestrzegają
zakazu wjazdu.
Pierwszą próbę zdobycia Czupela podjęliśmy we
wrześniu 2008 roku. Zanocowaliśmy wówczas
wygodnie w schronisku, które wyposażone jest w
kilka niezłych pokoi. Tradycje schroniska na
Magurce Wilkowickiej sięgają 1903 roku, a obecny
murowany budynek został wybudowany przez
niemiecką organizację turystyczną w 1913 roku.
Mogliśmy dowoli rozkoszować się atmosferą
starego, ale dobrze utrzymanego schroniska, bo
zła pogoda skutecznie powstrzymała innych
turystów od górskich wędrówek. Niestety,
następnego dnia temperatura spadła do 3 st. C, a
deszcz przeplatał się z uporczywą mżawką,
niesioną przez silne podmuchy wiatru.
Zrezygnowaliśmy.
Wróciliśmy pod Czupel w piękny, październikowy
weekend, jadąc przez Rabkę spod Mogielicy.
Niestety, tym razem w góry wyruszyło mnóstwo
turystów z Bielska Białej i całego Śląska. O
noclegu w pokoiku, który wspominał Adaś z
poprzedniego pobytu nie mogło być mowy. Nie było
nawet wolnych stolików, żeby zjeść obiad. Nasze
zdenerwowanie udzieliło się Adasiowi, który
liczył na zabawę w chowanego w schroniskowej
szafie. Tymczasem wyszliśmy w góry z zamiarem
szybkiego „zaliczenia” góry. Zaraz po
opuszczeniu polany, na której stoi schronisko,
znaleźliśmy się w cichych zagajnikach,
uzupełniających zniszczony drzewostan. Szybo
wszystko wróciło do normy i bez przeszkód i z
przyjemnością weszliśmy późnym wieczorem na
szczyt. Adaś ponad 1/3 drogi przeszedł o
własnych siłach. Wejściem na Czupel
zakończyliśmy górski sezon 2008.
Nocowaliśmy w bardzo przyjemnym pensjonacie nad
Jeziorem Międzybrodzkim, a następnego dnia
zwiedzaliśmy już górę Żar. Niezalesione stoki
góry są doskonałym miejscem do lotów na
paralotniach, a u podnóża znajduje się lotnisko
szybowcowe. Na szczyt wjeżdża kolej zębata,
której wagoniki zostały przeniesione z
Gubałówki. Płaski wierzchołek Żaru został
sztucznie wyrównany i zajmuje go jezioro
należące do kompleksu elektrowni
szczytowo-pompowej, uzupełniającej energię
elektryczną w przypadku spadku poziomu
zasilania. Wszystko to tworzy idealne miejsce do
wycieczki i zabaw z Maluchem, który może prawie
dotknąć samolotów i szybowców i przejechać się
kolejką. Przestrzegamy jednak przed wyjazdem w
dni wolne, z uwagi na tłumy zmotoryzowanych
turystów.
Na zakończenie naszego wyjazdu odwiedziliśmy
Park Miniatur w Inwałdzie – wiosce niedaleko
Andrychowa. Szczególnie odradzamy zwiedzania
tego miejsca z małymi dziećmi!!! Bezdrzewny
teren wypełniony jest siecią strumyków, wśród
których rozrzucone są bezładnie miniatury
znanych budowli. Nie znajdziemy tutaj nawet
odrobiny cienia! Nie można tutaj odpocząć,
głośna muzyka disco polo, która ma uprzyjemniać
jazdę na karuzeli, wdziera się głęboko w głowę.
Ponadto, jest ścisły zakaz, pod groźbą kary
pieniężnej, wchodzenia na trawę, co dla
biegających dzieci jest strasznym zakazem!!
Wszystkie atrakcje (karuzela czy malutki pociąg
jeżdżący w kółko) są zabronione dla dzieci do 3
lat. Nie mamy nawet możliwości wykupienia
dodatkowego biletu, jeżeli nasze dziecko chce
skorzystać z karuzeli razem z mamą czy z tatą.
Podsumowując, są tam tylko zakazy i naprawdę
trudno nam było wytłumaczyć Adasiowi, dlaczego
nie może przejechać się malutkim pociągiem, z
którego korzystał nieraz bawiąc się na
osiedlowym wesołym miasteczku.
(Czupel
- fotki)