Górskie podróże z dzieckiem
podróżowanie z małym dzieckiem na przykładzie Koronki Gór Polski
Paweł Krawczyk, Kamila Wojas-Krawczyk

Przyrost naturalny MKT - w ciągu kilku lat istnienia MKT dochowaliśmy się dzieci!

Podróże z dzieckiem - wstęp

Podróżowanie z dzieckiem wcale nie jest tak męczące dla dziecka, jak się powszechnie uważa! Wprost przeciwnie. Dzieci uwielbiają, jeśli ich zabawy mogą być urozmaicone i odbywają się w innych miejscach niż pobliski plac zabaw. Podróż może być natomiast bardzo męczące dla rodziców. Ci, którzy nie podróżowali z Maluchem nie zdają sobie sprawy, ile trzeba włożyć wysiłku, aby wycieczka była interesująca dla naszego dziecka. O to, aby wyjazd był ciekawy musimy postarać się sami, a w większości przypadków wymaga to od nas znacznie większego zaangażowania niż zabawianie dziecka w domu, gdzie mamy do dyspozycji zabawki i inne dziecięce akcesoria. Poza tym rytm i sposób podróżowania trzeba całkowicie dostosować do dziecka. Dlatego raczej wykluczone są wycieczki z dotychczasowymi znajomymi, chyba, że mamy wyjątkowo wyrozumiałych przyjaciół.
Za to satysfakcja z przebywania z dzieckiem jest dużo większa. To właśnie podczas długich podróży Maluch jest stale z rodzicami, którzy mają dla niego więcej czasu niż wtedy, gdy wracają zmęczeni po pracy. Nowe sytuacje i zabawy, a może intensywny kontakt miedzy rodzicami a dzieckiem, okazują się rozwijające. Nieprawdą jest też, że małe dzieci boją się nowych miejsc, czy też nie mogą zasnąć w nieznanym sobie pokoju. Te opowieści pochodzą prawdopodobnie od ludzi, którzy wyjechali na wakacje z kilkuletnim brzdącem, który nigdy nie nocował poza domem. Z naszego doświadczenia wynika, że nie otoczenie, ale raczej obecność rodziców jest dla dziecka najważniejsza. A co z powszechną opinią, że dziecko i tak nic nie zapamięta z podróży? To może prawda. Nie chodzi jednak o to, żeby roczny szkrab wiedział, na jaką górę wnieśli go rodzice lub w jakim kraju bawił się na plaży. Ważne żeby zabawa była dobra, a rodzice w pobliżu. Wtedy nawet po kilku miesiącach dziecko zapytane o kraby na plaży albo owce pasące się na górskiej polance, będzie pamiętało te sytuacje.
Tu też dochodzimy do egoistycznej strony problemu. Skoro dla dziecka najważniejsza jest dobra zabawa, przy okazji której może się czegoś nauczyć, to dlaczego rodzice, nawykli do podróżowania, mają pozostać w domu do czwartych czy piątych urodzin ich pociechy? Skoro podróż okazuje się frajdą dla dziecka, a nie katorżniczym odliczeniem kilometrów, to dlaczego rezygnować z własnych pasji? Dlatego, że tak uważa większość młodych małżeństw, pozostających w dodatku pod presją konserwatywnych rodziców i opinii rodem z poradników wychowania dzieci. Przyszło nam borykać się z takimi stereotypami. Może męczymy Adasia? Może nawet sprawiamy mu krzywdę? Jeśli tak, to dlaczego jest szczęśliwym i roześmianym dzieckiem. Niewygody, które znosi razem z nami są niczym w stosunku do reżimu lekcji rytmiki, tańca, języków i wielu innych, który serwują swoim pociechom inni rodzice w trosce, żeby miały lepszy start w dorosłe życie. Może lepiej być dzieckiem zahartowanym w podróżach niż zmęczonym ciągłym wyścigiem z rówieśnikami?
Z naszym Adasiem podróżujemy już od 5 miesiąca życia. Adaś zwiedził kilka krajów, tych egzotycznych i bardziej cywilizowanych, ale przede wszystkim „chodzi” z nami po górach. Początki tej wędrówki były dla nas nieco nerwowe. Jak każda mama martwię się, czy wszystko jest w porządku, czy nie jest Adasiowi za zimno, za ciepło, czy nie jest śpiący, głodny itd. Paweł zawsze uspokaja mnie, że nic złego się nie dzieje, a nasz Adaś umie dać znać, gdy coś jest nie tak. Zdarzało się kilka razy, że musieliśmy zmienić plany lub wycofać się z jakiejś drogi, tylko po to aby Adaś mógł wyspać się w komfortowych warunkach. W trakcie jakichkolwiek podróży z dzieckiem musimy uważać przecież podwójnie, ale tego chyba nie muszę tłumaczyć żadnej mamie!!!
O tym, że podróżowanie z dzieckiem nawet w warunkach uważanych za niektórych przez za "niedopuszczalne" jest możliwe i służy dzieciom i rodzicom poczytajcie na naszym zaprzyjaźnionym portalu MAŁY PODRÓŻNIK 

Dziecko w górach

Nie wystarczy włożyć dziecko do nosidełek i po prostu z nim iść. Taki sposób wędrówki znudziłby nawet dorosłego. Nie tak powinno wyglądać chodzenie po górach z dzieckiem. Z pewnością są dzieci, które spokojnie obserwują otaczający je świat, idąc u taty na plecach, ale nasz Adaś do nich nie należy. Chodząc z Maluchem po górach trzeba wykazać się BARDZO dużą zdolnością zabawiania dziecka i pokazywania mu świata w sposób, który go zainteresuje. Gdy zaczynaliśmy zdobywać Koronę Gór Polski Adaś jeszcze nie chodził i nosiliśmy go w przednich nosidełkach. Podczas wspinaczki zrywaliśmy mu kwiatki, listki, czy gałązki. Można było pukać w korę drzewa udając dzięcioła lub wymyślać tysiące innych sposobów zainteresowania go tym, co się dzieje wokół. Udawało to się nam prawie w 100 procentach, o czym świadczą zdobyte przez nas szczyty. Kiedy Adaś zaczął chodzić sam, przerzuciliśmy się na nosidełka tylne, tzw. plecakowe. Są zdecydowanie wygodniejsze i umożliwiają większą swobodę ruchów, a dziecko po prostu jest już za duże na nosidełka przednie. Poza tym, noszenie ciężaru ponad 12 kg z przodu jest nie wykonalne na dłuższych trasach, nawet dla najsilniejszych rodziców. Gdy Maluch zaczyna chodzić sam, może oczywiście zdobywać łatwiejsze szlaki gór na własnych nóżkach, ważne tylko żeby trzymał kierunek marszu. Adaś już trzyma wyznaczony przez nas kierunek, a zabawianie go w trakcie drogi przekształciło się w szukanie misia i dzika w lesie, wypatrywanie dzięcioła, kukułki, gonienie drugiego rodzica pod górę, „dziabanie” patykiem w górskim błotku, robienie „plum” do strumyków lub jakiejkolwiek innej odrobiny wody na szlaku lub po prostu śpiewanie piosenek. O tym, że taka strategia daje rezultaty świadczy fakt, że Adaś rzadziej marudzi w górach niż w domu, jest prawie zawsze radosny, a płacz, który przecież zdarza się często u tak małych dzieci, na szlaku prawie się nie pojawia. Dlaczego? Może dlatego, że jest ciekawiej, a może jest to wynikiem naszego zaangażowania. Jednak obie te przyczyny są przecież pozytywne.
Z drugiej strony, trzeba realnie spojrzeć na możliwości naszego Malucha i koniecznie ustalić plan zdobycia góry lub innej wędrówki zgodnie z planem dziennym naszego dziecka. Z Adasiem staramy się wychodzić bardzo wcześnie, tuż po obudzeniu dziecka, aby wykorzystać czas, kiedy jest ono wypoczęte, wesołe i ciekawe świata. Nie możemy sobie pozwolić na poranne marudzenie, bo w trakcie drogi może okazać się, że nasz Maluch jest już zmęczony, chce spać, a droga czy to w górę, czy w dół jest tak samo długa. Zdarzało się nam, że Adaś zasnął podczas drogi w nosidełkach. O ile w nosidełkach przednich Maluch przytula się brzuszkiem do rodzica i może spokojnie spać kołysany maszerowaniem, o tyle w nosidełkach tylnych nie wygląda to już tak dobrze. Trochę się natrudziliśmy, aby podeprzeć główkę śpiącego Adasia naszymi polarami lub innymi swetrami, a w końcu i tak lądował na kolanach mamy i siedząc na jakiejś polance czekaliśmy, aż Adaś się wyśpi. Ponadto, dziecko nie wytrzyma długo w nosidełkach, nawet najbardziej wygodnych. Dlatego zaczęliśmy z Adasiem zdobywanie Korony Gór Polski od szczytów najprostszych, na które wejście może zająć najwyżej 1-1,5 godziny. Z czasem, gdy dziecko zaczyna maszerować samodzielnie, zaczęliśmy wybierać dłuższe szlaki, a w końcu nawet odważyliśmy się zanocować z Adasiem w górskim schronisku, o czym przeczytacie w szczegółowej relacji.
Oddzielnym problemem są sytuacje niebezpieczne, o które nie trudno, jeśli wychodzi się w góry z małym dzieckiem. W związku z zupełnie inną niż u dorosłego termoregulacją dziecka, łatwo u Malucha doprowadzić do przegrzania albo do wychłodzenia. Trzeba o tym zawsze pamiętać przy planowaniu wycieczki, ale wielu niebezpieczeństw można uniknąć, jeśli zachowa się zdrowy rozsądek i podejmie decyzję o odwrocie w odpowiednim momencie. Z drugiej strony, Maluch jest stale na świeżym powietrzu i nabiera odporności. Nasz Adaś nigdy nie chorował w górach lub na innych wyjazdach, nawet wtedy gdy w październiku, w jesiennych warunkach zdobyliśmy Wysoką w Pieninach. Nadal choruje bardzo rzadko i jest to dla nas powód do wielkiej radości. 

 Korona Gór Polski z Adasiem

Korona Gór Polski została opisana w 1997 roku przez geografów i redaktorów czasopisma „Poznaj Swój Kraj” związanego z PTTK. Na liście znalazło się 28 najwyższych szczytów wszystkich górskich pasm Polski. Był to pomysł nie nowy, ale bardzo modny. W środowisku osób zainteresowanych górami, wszyscy znają historię Reinholda Messnera i Jerzego Kukuczki – zdobywców Korony Himalajów oraz polskiej gospodyni domowej, która wzburzyła alpinistów, ogłaszając, że chce zdobyć Koronę Świata, czyli najwyższe szczyty siedmiu kontynentów. Zapewne już mniejsze emocje wzbudził Leszek Cichy zdobywając, jako pierwszy Polak Koronę Świata i Anna Czerwińska, powtarzając jego wyczyn. Dlatego, już wkrótce po ogłoszeniu listy Korony Gór Polski znalazła się duża grupa osób zainteresowanych tym celem. Pojawiło się też współzawodnictwo w takich dyscyplinach jak najszybsze zaliczenie szczytów albo wejścia zimowe. Nas najbardziej zainteresował aspekt krajoznawczy proponowanej listy szczytów. Wiele z nich znajdowało się poza znanymi szlakami górskimi w bardzo ciekawej okolicy, której prawdopodobnie nie mielibyśmy nigdy okazji odwiedzić. Naszym celem nie było wejście na te szczyty z małym dzieckiem. Nie chcemy rywalizować w konkurencji, kto zdobędzie Koronę Gór Polski z młodszym dzieckiem. Chcemy natomiast ciekawie spędzić czas z Maluchem z korzyścią dla nas i dla Adasia.
Pomysł zdobywania Korony Gór Polski zrodził się wiosną 2007 roku, gdy Adaś skończył 5 miesięcy, a plany Pawła dotyczące zdobycia McKinley’a rozpłynęły się na dwa tygodnie przed wyjazdem. Na stronie internetowej czasopisma „Poznaj Swój Kraj” znalazłam informacje o szczytach zaliczanych do Korony, listę zdobywców i inne ciekawostki. Niezwłocznie napisałam maila do redakcji z zapytaniem o możliwość zdobywania Korony przez naszą rodzinkę. Ale odpowiedź nie była zachęcająca, redakcja sugerowała, że taki maluch jak Adaś nic nie skorzysta ze wspólnych wejść i lepiej poczekać aż skończy 5 lat, a wtedy z pewnością będzie to dla Niego wielką frajdą. Cóż, mimo tej opinii, zamówiłam dla nas książeczkę zdobywców KGP i rozpoczęliśmy wspólne zdobywanie gór. Jak do tej pory mamy na koncie 8 szczytów, a każdy następny jest coraz większą zabawą i nauką dla Adasia i dla nas. Dlatego namawiam wszystkich młodych rodziców do wędrowania z najmłodszymi dziećmi po górach, mimo, że większość otaczających nas ludzi uważa to za lekkomyślność lub nawet brak wyobraźni. Dziecku naprawdę nic się nie stanie, jeśli zachowamy rozsądek i umiar, a może być bardzo zadowolone i naprawdę dobrze się bawić i rozwijać, jeśli tylko włożymy w to dużo zaangażowania, cierpliwości i siły.
Zdaje sobie również sprawę, że niektórzy z Was po przeczytaniu tych relacji, mogą się dziwić i pukać niedwuznacznie w głowę. Dlatego już na początku proszę, aby Ci, którzy mają inne od moich poglądy nie spędzali czasu na czytaniu tych relacji. Nie wiem przecież, czy uda nam się zaszczepić Adasiowi pasję do podróży i przygody. Myślę jednak, że będzie miał większą szansę wyboru pomiędzy sposobem życia, który mu pokażemy a tym, który staje się coraz częstszym udziałem młodzieży spędzającej czas bez pasji i zainteresowań. 

Plecak na wyprawę z Maluchem

Wiem, jak wygląda ekwipunek każdego wspinającego się po górach, bo sama zdobyłam kilka szczytów, ale zapewniam Was, że wędrując po górach z dzieckiem zawartość plecaka ulega diametralnym zmianom. Po pierwsze, tylko jeden z rodziców nosi plecak, drugi ma na swoich plecach Malucha. Po drugie, nie chcemy, żeby była to ciężka „mordęga” pod górę z 30-to kilogramowym plecakiem, a raczej wyprawa z dzieckiem. Dlatego też w trakcie naszego zdobywania gór, potrzeby rodziców zostały ograniczone do minimum, a zawartość plecaka to głównie rzeczy Adasia. Staramy się być przygotowani na wszystkie ewentualności pogodowe w górach, do tego stopnia, że miejsce naszych kurtek przeciwdeszczowych zastąpiła parasolka, bo w trakcie nagłej ulewy Adaś woli siedzieć pod nią i widzieć, co się dzieje wokół, niż być nakryty krępującą ruchy kurtką. W naszym plecaku zawsze są Adasiowe kaloszki. Dzięki nim, bez lęku o przemoczone nogi, Adaś penetruje małe strumyki, kałuże i mokrą po deszczu trawę. Krem przeciwsłoneczny, apteczka, mały samochodzik, ludziki, którym Adaś pokazuje otaczający świat, cały zestaw jedzenia i picia dla Malucha, kocyk lub jakaś mała karimata, która też może okazać się niezbędna do nagłej zmiany pieluchy i jeszcze wiele, wiele innych rzeczy, które wydają się być potrzebne w drodze – to wszystko jest w naszym plecaku. Wyjeżdżając na pierwszą wyprawę, nasz samochód wyglądał jak mała ciężarówka dostawcza z hipermarketu dziecięcego (zaznaczam, że w rzeczywistości jest to tylko Toyota Yaris!!!). Z czasem ta lista rzeczy uległa znacznej redukcji. Nabierając doświadczenia wiemy, co jest rzeczywiście najpotrzebniejsze, a co raczej się nie przyda. Teraz jesteśmy w stanie spakować się w jeden plecak. 
Znajdziecie tutaj krótkie relacje wraz z dokumentacją zdjęciową z naszych wspólnych wypraw. Opisując każdy ze szczytów zachowałam kolejność, w jakiej je zdobywaliśmy. Z każdym kolejnym szczytem Adaś jest coraz większy, a my śledzimy jego rozwój i reakcję na zaproponowane przez nas wędrówki. Mam tylko nadzieję, że nadal będzie to dla niego wielką frajdą, podobnie jak dla nas, a każdy kolejny szczyt zdobyty przez nas będzie z pewnością opisany.

Szczyty zaliczane do Korony Gór Polski
 
Szczyt
 
Pasmo górskie Wysokość m npm

Rysy

Tatry

2499

Babia Góra

Beskid Żywiecki

1725

Śnieżka

Karkonosze

1602

Śnieżnik

Masyw Śnieżnika

1425

Tarnica

Bieszczady

1346

Turbacz

Gorce

1314

Radziejowa

Beskid Sądecki

1262

Skrzyczne

Beskid Śląski

1257

Mogielica

Beskid Wyspowy

1173

Wysoka Kopa

Góry Izerskie

1126

Rudawiec

Góry Bialskie

1112

Orlica

Góry Orlickie

1084

Wysoka (Wysokie Skałki)

Pieniny

1050

Wielka Sowa

Góry Sowie

1015

Lackowa

Beskid Niski

997

Kowadło

Góry Złote

989

Jagodna

Góry Bystrzyckie

977

Skalnik

Rudawy Janowickie

945

Waligóra

Góry Kamienne

936

Czupel

Beskid Mały

933

Szczeliniec Wielki

Góry Stołowe

919

Lubomir

Beskid Makowski

912

Biskupia Kopa

Góry Opawskie

889

Chełmiec

Góry Wałbrzyskie

869

Kłodzka Góra

Góry Bardzkie

765

Skopiec

Góry Kaczawskie

724

Ślęża

Masyw Ślęży

718

Łysica

Góry Świętokrzyskie

612

 Łysica 612 m n.p.m. (30 czerwca 2007)

Nazywana jest także Górą Świętej Katarzyny i jest najwyższym szczytem Pasma Łysogór w obszarze ochrony ścisłej Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Przez znaczną część turystów góry te nie są uznawane za góry, jednak jeśli zdobywa się Łysicę od Świętej Katarzyny albo ogląda szczyt z Kraińskiego grzbietu (droga boczna na Krajno), Łysica robi prawdziwie górskie wrażenie. Góra ma dwa wierzchołki. Wschodni wierzchołek, nazywany Skałą Agaty lub Zamczyskiem, wznosi się na wysokość 608 m n.p.m. Jest to skalna grań o długości ok. pół kilometra. Na wyższym wierzchołku zachodnim znajduje się pamiątkowy krzyż z 1930 r. oraz wieża triangulacyjna. Wejście na szczyt zajmuje ok. 50-60 minut, droga jest przyjemna, niezbyt stroma. Szlak prowadzący na szczyt zaczyna się we wsi Święta Katarzyna i przebiega przez całe Łysogóry. Łysica jest całkowicie porośnięta lasem, dlatego też widoki podczas drogi i ze szczytu są bardzo ograniczone. Tylko od strony północnej i południowej szczyt otaczają gołoborza i są to jedyne miejsca widokowe, specjalnie udostępnione dla turystów. Najwyższy punkt w okolicy w otoczeniu jodłowej puszczy był od wieków miejscem pogańskiego kultu. Stąd wzięły się prawdopodobnie legendy o sabatach czarownic, odbywających się na Łysicy i pobliskiej Łysej Górze. Zakonnicy, którzy zwalczali stare obrzędy wybudowali w Św. Katarzynie i na Św. Krzyżu klasztory. Klasztor benedyktynów (obecnie oo. Oblatów) na Św. Krzyżu na szczycie Łysej Góry, czyli Łyśca, stał się miejscem pielgrzymek po tym, jak węgierski królewicz Emeryk podarował powstającemu klasztorowi relikwię krzyża świętego. Opactwo zostało założone przez Bolesława Chrobrego w 1006 rok. W klasztorze, oprócz relikwii znajduje się w krypcie zmumifikowane ciało księcia Jeremiego Wiśniowieckiego, choć wielu naukowców podważa autentyczność obu pamiątek.
Łysica to pierwszy zdobyty przez nas szczyt z listy KGP. Podczas tej wędrówki dzielnie towarzyszyła nam cała rodzinka Paprzyckich. Z perspektywy wędrowania po górach z małym dzieckiem, Łysica to jeden z najłatwiejszych szczytów do zdobycia, który nie nastręcza praktycznie żadnych trudności. Oczywiście pod warunkiem, że nasz Maluch lubi oglądać świat siedząc w nosidełkach. Mamy to szczęście, że Adaś bardzo lubi ten sposób podróżowania. W momencie zdobywania Łysicy miał skończone pół roczku i nosiliśmy go w nosidełkach przednich. Adaś dzielnie „maszerował” z tatą, który co chwila podawał mu kamyczki, a nasz Maluch z wielką radością rzucał je z powrotem na ziemię. Szczyt zdobyliśmy późnym popołudniem, a Adaś kołysany równym krokiem podczas zejścia, zasnął pełen wrażeń. (Łysica fotki)

 Ślęża 718 m n.p.m. (31 lipca 2007)

Góra ta, dawniej nazywana również Sobótką, jest najwyższym szczytem Masywu Ślęży. Ze względu na imponujący wygląd, znaczną wysokość względną (ok. 500 m) oraz specyficzny mikroklimat, jest nazywana także Śląskim Olimpem.
Wędrówka na Ślężę z pewnością będzie interesująca dla starszych dzieci, którym rodzice mogą opowiadać tajemnicze historie o mieszkających tam dawno plemionach . Góra stanowiła bowiem ośrodek pogańskiego kultu solarnego miejscowych plemion. Na szczycie, tuż przed granicą lasu, odnaleźć można fragmenty kamiennych wałów kultowych, o szerokości ok. 12 m, będących pozostałością Ślężańskiego Ośrodka Kultowego, powstałego między XII a III wiekiem p.n.e. Ponadto, w regionie Ślęży zobaczyć można zagadkowe posągi z charakterystycznym symbolem ukośnego krzyża. Są to znaki solarne. Wśród najbardziej znanych posągów wymienia się: Grzyba (prawdopodobnie dolna część ludzkiej postaci), znajdującego się w miejscowości Sobótka; Mnicha – u stóp góry; Postać z rybą i Dzika, których spotykamy przy drodze na szczyt oraz Niedźwiedzia, znajdującego się na szczycie góry. Na szczycie Ślęży znajduje się Kościół Nawiedzenia NMP wybudowany w 1702 r. na ruinach zamku, Dom Turysty PTKK im. Romana Zmorskiego zbudowany w 1908 r., a nieco dalej od szczytu maszt stacji nadawczej Ośrodka Wrocławskiego TVP o wysokości 136 m. Sama góra i jej region nie należy do znanych regionów turystycznych w Polsce i można tutaj liczyć na spokój i ciszę. Jednak warto odwiedzić interesujące miejsca, jak np. grodzisko i rezerwat archeologiczny w Będkowicach, Wspinaczka na Ślężę jest przyjemna i łatwa, a widoki ze szczytu – imponujące. W końcu to najwyższa samotna góra Polski. Gorąco polecamy!!!
Dla wędrujących po górach Maluchów, droga na szczyt może także być ciekawa. Wyruszając z Sobótki mamy przed sobą ok. 1,5 godz. marszu Drogą Ślężan, prowadzącą u stóp wieży widokowej zlokalizowanej na wierzchołku Wierzycy. Zdecydowanie bliższy szlak prowadzi z Przełęczy Tąpadła (384 m n.p.m.), a droga przecina bukowy las. Tylko od inwencji twórczej rodziców zależy sposób zabawy z dzieckiem w trakcie drogi. Z Adasiem zdobyliśmy Ślężę 31 lipca 2007 roku. Wydawało się, że wiemy już wiele o podróżowaniu z dzieckiem, bo właśnie wracaliśmy z Francuskich Alp. Jednak góra potrafiła nas zaskoczyć. W krótkim czasie zrobiło się zimno i trzeba było oddać Adasiowi nasze polary, żeby zabezpieczyć go przed chłodem. Wszystko skończyło się dobrze, ale z przestrogi danej przez góry już zawsze korzystaliśmy. Niezależnie od pory roku i wysokości szczytu, dla malucha trzeba zabierać ekwipunek taki, jakby wspinał się na K2 zimą. (Ślęża - fotki)

 Wysoka 1050 m n.p.m. (6 października 2007)

Mało kto wie, że najwyższym szczytem Pienin nie są Trzy Korony (982 m n.p.m.), ale Wysokie Skałki nazywane Wysoką w Małych Pieninach. Wapienne urwiska wznoszą się stromo ponad wapiennymi Wąwozami Homole i Białej Wody oraz ponad płynącym w dole Grajcarkiem. Właśnie w tej scenerii nagrywany był znany serial o szlachetnym rozbójniku – Janosiku. Najkrótszy szlak na Wysoką prowadzi z Jaworek przez ścisły rezerwat przyrody zlokalizowany w Wąwozie Homole. Jaworki, oddalone o 10 km od Szczawnicy, są spokojną wioską, w której głównym zabytkiem jest łemkowska cerkiew. Historycy są zgodni, że w Jaworkach kończył się zasięg przedwojennej Łemkowszczyzny, którą zamieszkiwali wołoscy pasterze – ludność pochodząca z Karpat Wschodnich.
Wysoka była naszą pierwszą prawdziwą górą. Złożyło się na to kilka przyczyn. Po pierwsze szczyt wznosi się na wysokość przekraczającą 1000 m n.p.m., jest stromy, a końcówka szlaku wymaga „wspinaczki” w wapiennych skałach, nawet jeśli wybierze się, tak jak my, najkrótszy szlak z Jaworek. Po drugie nasza eskapada miała miejsce w październiku, kiedy dni są krótkie i chłodne. Trudno „wstrzelić się” w najlepszą porę dnia dogodną dla małego dziecka. Po trzecie, zdecydowaliśmy się na nocleg w schronisku PTTK „Orlica” w Szczawnicy. Jest to schronisko zabytkowe, o bogatej przeszłości, ale zupełnie nieprzystosowane dla turystów z dziećmi i obecnie niestety bardzo zaniedbane.
Było to nasze pierwsze wyjście z Maluchem w góry w nosidełkach tylnych. W związku z tym pojawiło się wiele niewiadomych: jak Adaś będzie czuł się w takich nosidełkach, czy będzie mu wygodnie itd. Adaś, wędrując do tej pory w nosidełkach przednich, widział przed sobą całą drogę i był po prostu przyzwyczajony do takiego sposobu poruszania się. Teraz, zapakowany na plecy Taty, czuł się trochę nieswojo i odmówił dalszej drogi. Dlatego jeszcze w Wąwozie Homole musieliśmy przenieść go do nosidełek przednich. Jakie szczęście, że przezornie wzięliśmy je ze sobą! Ubrany w ciepłe rzeczy, Adaś już ledwo mieścił się w te nosidełka, jednak pokrzykiwał radośnie.
W dniu naszej wyprawy pogoda była niestabilna. Po wyjściu z Wąwozu postanowiliśmy ubrać Malucha nieco cieplej. I tutaj pojawiły się kolejne kłopoty. Adaś ogromnym krzykiem oznajmił nam, że wcale mu się nie podoba nowiutki, zimowy kombinezon i za żadne skarby nie zamierza w nim dalej iść. Z wielkim trudem udało nam się wcisnąć ubranko jedynie na nogi (z pomocą przyszły biegające psy pasterskie i stada owiec pasące się na hali) i przetłumaczyć Adasiowi, że będzie mu zdecydowanie wygodniej w nosidełkach tylnych. I wtedy pojawiła się kolejna stresowa sytuacja – Adaś, kołysany marszem, niespodziewanie zasnął. Sporo się nasłuchaliśmy opowieści o dzieciach, które przemarznięte na górskich wycieczkach zasypiają i nigdy się nie budzą. Paweł uspokajał mnie, że nic złego się nie dzieje, Adasiowi jest cieplutko i spokojnie się wyśpi. Tak więc ze śpiącym Adasiem zdobyliśmy szczyt Wysokiej, z którego roztaczają się imponujące widoki na Tatry, Pasmo Radziejowej, Magurę Spiską i Pieniny.
W drodze powrotnej, kilkanaście metrów pod szczytem, Adaś obudził się i po wypiciu butli kaszki, siedząc na granicznym słupku polsko-słowackim, obdarzył nas radosnym uśmiechem. Potem zadowolony podskakiwał w nosidełkach, domagając się patyków i kamyków do rzucania, chociaż pod koniec wycieczki był już bardzo zmęczony. Ogromnie zaciekawiło go stado przepędzanych przez hale owiec, które mógł dosłownie dotknąć. Zdobycie Wysokiej, natchnęło Pawła do podjęcia próby wspinaczki na Trzy Korony. Następnego dnia zwiedziliśmy słowacki Czerwony Klasztor, a potem doszliśmy ze Sromowców do schroniska pod Trzema Koronami. Pogoda była lepsza niż w trakcie zdobywania Wysokiej, ale Adaś nie miał zupełnie nastroju na górskie wędrówki. Weszliśmy jedynie w Wąwóz Sobczański, jednak Adasia nie zainteresowało stado owiec, psy pasterskie, a nawet płynący wzdłuż drogi potok. Trudno. Czasami trzeba zawrócić nawet tuż przed wierzchołkiem. Najważniejsze jest dobre samopoczucie Malucha. (Wysoka - fotki)

Tarnica 1346 m n.p.m. (9 czerwca 2008)

            Z nadejściem lata 2008 roku postanowiliśmy wyruszyć na włóczęgę wzdłuż południowej granicy Polski. Z dnia na dzień przemieszczaliśmy się samochodem ze wschodu na zachód, przekraczając nawet nielegalnie słowacką granicę na Przełęczy Beskid koło Ożennej. Odwiedziliśmy też Bieszczadzki i Magurski Park Narodowy, przejechaliśmy wielką pętlę bieszczadzką i Dolinę Popradu, zwiedziliśmy łemkowskie cerkwie w okolicach Krępnej i stadninę hucułów w Gładyszowie. Na naszej trasie znalazły się trzy szczyty Korony: Tarnica, Lackowa i Radziejowa. Korzystaliśmy głównie z kwater agroturystycznych, ale nie unikaliśmy też biwaków pod namiotem. Ten sposób nocowania odpowiada szczególnie Pawłowi, ja zawsze martwię się, czy przypadkiem Adaś nie zmarznie w nocy. Nowoczesny sprzęt biwakowy gwarantuje jednak wystarczający komfort i ciepło. Zdarzało się już nieraz, że nocą odkrywaliśmy Adasia, aby nie przegrzał się śpiąc pod puchowym śpiworem. Jedyny problem polega na tym, że małe dzieci traktują namiot jako dobre miejsce zabawy, ale nie jako miejsce do spania. Dlatego też czasami musieliśmy mocno się napracować, aby przekonać Adasia do zaśnięcia w namiocie. Dochodzi jeszcze jeden problem – oświetlenie w namiocie. Wystarczy w tym celu latarka z diodami zamiast żarówki, która świeci nawet przez kilka nocy bez konieczności wymiany baterii. Za to poranki po takiej nocy są wyjątkowo szczęśliwe dla Maluchów, które od momentu przebudzenia mogą brykać po namiocie i po trawce.
Najwyższy szczyt polskich Bieszczadów – Tarnica – wznosi się na krańcu pasma połonin, w grupie tzw. gniazda Tarnicy i Halicza. Wąski, ostry, nieco wydłużony grzbiet góry, z dwoma wyraźnymi wierzchołkami (1346 i 1339 m n.p.m.), wyścielają złomiska skał i zdobią bruzdy naturalnych zagłębień, a także resztki wojennych okopów. W tutejszych gołoborzach, nazywanych przez bojków grechotem, jeszcze do niedawna gniazdowały ostatnie w tej części Polski orły przednie. Na głównej kulminacji znajduje się punkt geodezyjny i żelazny krzyż ustawiony w 1987 r., upamiętniający – wraz z wmurowaną tablicą – pobyt ks. Karola Wojtyły 5 lipca 1954. Ze szczytu, oprócz wspaniałej panoramy najbliższych grzbietów polskiej części Bieszczadów, w pogodne dni można dostrzec, położone na Ukrainie, szczyty Bieszczadów Wschodnich, Połoninę Równą, Ostrą Horę a nawet dalekie szczyty Gorganów. Na Tarnicę można dotrzeć przez widokowe połoniny Szerokiego Wierchu z Ustrzyk Górnych, idąc czerwonym Głównym Szlakiem Beskidzkim, który rozpoczyna się w Ustroniu w Beskidzie Śląskim a kończy się na pobliskim Rozsypańcu. My wybraliśmy krótszą, ale bardziej stromą wersję wspinaczki na Tarnicę – niebieskim szlakiem z Wołosatego.
Tarnica nie była pierwszym szczytem bieszczadzkim zdobytym przez Adasia. W czerwcu 2007 roku wdrapaliśmy się wspólnie na przedwierzchołek Bukowego Berda. Adaś kończył wtedy pół roku. Był to zarazem pierwszy szczyt górski zdobyty przez Adasia. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że za kilka miesięcy będziemy mogli bezpiecznie poruszać się po Alpach i Tatrach. Na podstawie lektury „specjalistycznych” czasopism dla rodziców wykluczaliśmy taką ewentualność. Na szczycie odszukaliśmy butelkę wina, którą przechowujemy w skalnej szczelinie z roku na rok od czasu naszego ślubu w Mucznym. Celem wyprawy w czerwcu 2008 roku było odszukanie kolejnej już butelki, ale również próba dotarcia na Tarnicę przez Bukowe Berdo i Krzemień. Niestety silny wiatr pokrzyżował nasze plany, chociaż wino przetrwało rok w bardzo dobrej kondycji.
Na Tarnicę wyruszyliśmy w gorący, słoneczny dzień. Dlatego od samego początku trzeba było używać przeciwsłonecznego daszka, w który wyposażone są nosidełka Adasia. Minęliśmy stare cerkwisko w Wołosatym i staraliśmy się jak najszybciej przejść rozległe polany nieopodal wsi. Zwykle pasą się na nich hucuły z pobliskiej stadniny. Tym razem koni jednak nie było i jedyną rozrywką dla Adasia były kałuże rozlewających się potoczków i żyjące w nich żaby. Z Wołosatego podążała za nami grupka dzieci, więc Adaś dodatkowo dopytywał się stale, gdzie są dzieci i czy już nas doganiają. W połowie drogi na szczyt możemy przyjemnie odpocząć w drewnianej wiacie, znajdującej się jeszcze przed wejściem na połoniny. Adaś zjadł z apetytem drugie śniadanie – dzieci zazwyczaj znacznie lepiej jedzą, będąc stale na świeżym powietrzu. Dochodziliśmy do granicy lasu – zaczynały się połoniny. Mogliśmy podziwiać piękne bieszczadzkie widoki, ale niestety pojawił się też wiatr. Adaś okropnie nie lubi wiatru, więc musieliśmy znacznie przyśpieszyć tempo wejścia na szczyt, do tego stopnia, że Paweł dosłownie wbiegł z Adasiem na szczyt, co bardzo podobało się Maluchowi. Udało nam się nawet skrócić opisywany czas przejścia o 15 minut!! Adaś był zachwycony Tarnicą – na szczycie znajduje się całe mnóstwo kamieni, które można przenosić, rzucać w przepaście, budować wieże, no i oczywiście zabrać ze sobą w nosidełka. W drodze powrotnej Adaś zasnął i spokojnie pokonaliśmy większą część trasy w dół. Dzieci, które budzą się w nosidełkach lub w samochodzie i widzą wokół siebie oboje rodziców i zmieniające się otoczenie, wcale nie są nerwowe, lecz wręcz przeciwnie, witają świat z uśmiechem i ciekawością. Adaś marudny jest czasami po długim śnie w domu, ale rzadko w podróży. W Wołosatym byliśmy wczesnym popołudniem i wyruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku Lackowej. Zanim dotarliśmy do kolejnej góry przenocowaliśmy niedaleko Krępnej nad sztucznym jeziorem, w przyjemnym ośrodku, który prowadzi górski łazik – zdobywca Mont Blanc i Elbrusa. W okolicy rozciągały się dziewicze lasy Magurskiego Parku Narodowego – jednego z najmłodszych w Polsce. Gorąco polecamy. 
(Tarnica - fotki)

Lackowa 997 m n.p.m. (11 czerwca 2008)

Jest najwyższym szczytem po polskiej stronie Beskidu Niskiego w paśmie Gór Hańczowskich. Lackowa  położona jest pomiędzy słynącymi z dobroczynnego klimatu i unikalnych wód mineralnych uzdrowisk: Krynicą na zachodzie, a Wysową na wschodzie, na granicy ze Słowacją. Czasem żartobliwie nazywana Górą Policyjną (ze względu na wysokość). Zachodnia ściana góry, którą biegnie zielony szlak turystyczny, jest najbardziej stromym w Beskidzie Niskim, a nawet w całych Beskidach odcinkiem znakowanego szlaku turystycznego. Na północnych stokach Lackowej znajdują się pozostałości szańców konfederatów barskich z 2. połowy XVIII wieku. Dwieście lat temu wierzchołek góry nie był zalesiony i służył za punkt sygnalizacyjny, dlatego też nazywano go również „Chorągiewką Pułaskiego". Służył dowodzonym przez Kazimierza Pułaskiego konfederatom jako punkt sygnalizacyjny. Na szczycie umieszczano chorągiew, za pomocą której porozumiewały się obozy w Izbach i Blechnarce. Pamiątką tych wydarzeń jest także przełęcz Pułaskiego rozdzielająca Ostry Wierch od Lackowej.
Rejon Lackowej, z wyjątkiem miejscowości Wysowa, nie jest popularnym terenem turystycznym. U podnóża szczytu znajduje się wioska Izby. Odjeżdżając nieco dalej od wsi, docieramy do Bielicznej, w której znajduje się samotna, bielona kapliczka. My zdecydowaliśmy się na nocleg pod namiotem w Izbach, ale nie udało się nam znaleźć tam dogodnego miejsca do biwaku. Wyjechaliśmy w kierunku Mochnaczki stromą drogą, przy której na wybitnym wzniesieniu stoi stylowy „Dom na Łąkach”. Ceny noclegu w pokojach są zapewne zawrotne, ale gościnni gospodarze pozwolili nam rozbić namiot w przepięknej scenerii znajdującego się wokół ogrodu. Walorem kwatery są przede wszystkim plac zabaw dla dzieci (gospodarze są młodymi rodzicami) oraz przyjacielskie psy. Bernardyn, przewyższający wzrostem Adasia, nie odstępował nas na krok.
Po zwinięciu obozowiska następnego dnia rano, zjechaliśmy samochodem do Izb i wzdłuż ogrodzenia wielkiej, prywatnej stadniny koni, w której hodowane są także krowy rzadkich ras, dotarliśmy po gruntowej drodze w pobliże Przełęczy Beskid (644 m n.p.m.). Z niej, znakowany szlak turystyczny, wyprowadził nas na szczyt Lackowej. Choć odległość do wierzchołka nie jest zbyt wielka, podejście było jednym z trudniejszych, które przyszło nam pokonać. Stromizna jest tak wielka, że dla bezpieczeństwa Adasia, Paweł musiał podczas wspinaczki używać rąk. Dodatkowo, w celu zabawiania Malucha, recytował razem z Adasiem „Lokomotywę” Tuwima i dotarł do grzbietu szczytowego zalany potem. Później nie było jednak większych problemów ze zdobyciem szczytu. Adaś o własnych siłach pokonał ostatnie kilkaset metrów płaskiego grzbietu i zdobył zarośnięty bukową puszczą szczyt Lackowej. Zejście, chociaż trochę emocjonujące, ze względu na ekspozycję, zakończyło się szczęśliwie. Już po dwóch godzinach od zdobycia szczytu byliśmy w drodze na skróty do Tylicza, a potem przez Krynicę, Muszynę i Piwniczną wjechaliśmy w dolinę Suchej Wody do Obidzy, znajdującej się w Beskidzie Sądeckim. 
(Lackowa - fotki)

Radziejowa 1262 m n.p.m. (12 czerwca 2008)

To najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego. Planując zdobycie Radziejowej wybraliśmy jedną z najkrótszych dróg na szczyt. Szlak niebieski rozpoczyna się w Piwnicznej, ale aż do Obidzy można dotrzeć samochodem. Ścieżka prowadzi dalej przez szczyt Wielkiego Rogacza, aż do głównego beskidzkiego szlaku na Radziejową. Bacówka na Obidzy, w której spędziliśmy noc, znajduje się kilka kilometrów od Piwnicznej, na wysokości 931 m n.p.m., co dla zdobywających górę z małym dzieckiem jest bardzo ważną informacją. Do szczytu pozostaje już tylko nieco ponad 300 metrów przewyższenia, ale i tak szacowany czas przejścia wynosi ok. 2,5 godziny.
Nasze zdobywanie Radziejowej zaplanowaliśmy na 12 czerwca 2008 roku. Pogoda nie zapowiadała się tego dnia rewelacyjnie, ale jeszcze nie padało. Po nocy spędzonej w bardzo komfortowych warunkach, spakowaliśmy się szybciutko i już przed godziną 10 byliśmy na szlaku. Adaś w tylnych nosidełkach pokrzykiwał do spotkanych przy gospodarstwach kur, a potem pozdrowiał jadących konno górali, którzy pozostawili gdzieś w górach stada swoich owiec. Droga na szczyt Radziejowej prowadzi głównie przez las, więc tym razem poszukiwaliśmy z Adasiem wilka i innych bajkowych zwierząt leśnych, a także Czerwonego Kapturka i pana leśniczego. Po odebraniu kilku telefonów komórkowych z pracy, trochę zapomnieliśmy o naszym Maluchu, dlatego w pewnej chwili Adaś dał nam głośno znak, że on też z nami idzie. No i zaczęło się. Maluch, oburzony naszym lekceważeniem, kategorycznie odmówił dalszego spaceru w nosidełkach. Postanowił iść sam, co w obliczu narastających czarnych chmur na horyzoncie, zapowiadało raczej mokre wejście na szczyt. Jak na dokładkę, Adaś nie miał zamiaru trzymać naszego kierunku marszu, więc dla zachęcenia go do kierowania się we właściwą stronę zaczęliśmy rysować na drodze wszystkie literki, które już poznał. Podziałało i Adaś zaczął głośno mówić, jaki wyraz zaczyna się na narysowaną przeze mnie literkę. Na naszej drodze pojawiły się połamane drzewa, które dodatkowo zainteresowały Malucha. Można w nich szukać ukrytego misia! Ale niestety, zaczął padać deszcz. Rozłożyliśmy parasolkę, która zawsze sprawdza się na wycieczkach w górach. Adaś wrócił do nosidełek i zaczął z góry wrzucać kamyki do każdej pojawiającej się po deszczu kałuży. Bardzo go to bawiło. W okolicach Wielkiego Rogacza szlak skręcił w prawo i zaczęło się ostre podejście pod górę. Kilkadziesiąt metrów przed szczytem Adaś zaczął znowu sam maszerować i szczyt Radziejowej „zdobył” o własnych siłach.
Na szczycie Radziejowej znajduje się drewniana wieża widokowa o wysokości 20 metrów, która została oddana do użytku w 2006 roku. Roztacza się z niej rozległa panorama, którą podziwiał tylko Paweł. My zostaliśmy na dole, a Adaś bardzo ubolewał, że nie pozwalamy mu wchodzić na drewniane, śliskie od deszczu schodki. Oprócz wieży na szczycie znajdują się również pomnik 1000-lecia Polski oraz betonowy obelisk. Po łyku ciepłej kaszki i wykonaniu kilku pamiątkowych zdjęć, schodzimy szybko w dół. Mimo, że mamy połowę lipca Adaś maszeruje w zimowych butach i ciepłych swetrach – dzieci trochę inaczej tracą ciepło niż dorośli. Po dojściu do schroniska zjadamy niewielki obiad, a Adaś oczywiście biega niezmordowany wokół budynku i jedno z nas musi biegać razem z nim. A tak by się chciało usiąść w spokoju i wypić małe piwko po zdobyciu szczytu. Cóż, takie są uroki wędrówki z Maluchem!!!. 
(Radziejowa - fotki)

Turbacz 1310 m n.p.m. (19 lipca 2008)

Najwyższy szczyt Gorców leży kilkaset metrów powyżej murowanego, starego schroniska PTTK, zajmującego pokaźną część Polany Wolnica. Sam szczyt góry otoczony jest gęstym borem świerkowym. Stoi tu brzydki, naznaczony współczesnymi „inskrypcjami”, kamienny obelisk oraz żelazny krzyż z datami 1945-1985. Przy szlaku prowadzącym ze schroniska na szczyt znajduje się Muzeum Kultury i Turystyki Górskiej PTTK – niewielki, drewniany budynek, w którym przedstawione są fotografie o historii turystyki w Gorcach, historia schroniska na Turbaczu oraz postać Władysława Orkana. Nieopodal na głównym grzbiecie Gorców położone są rozległe polany, na których nadal prowadzony jest wypas owiec. Z Hali Długiej i Polany Bukowina roztaczają się rozległe panoramy na Kotlinę Nowotarską, Pieniny i Tatry, które widać też wspaniale z tarasu schroniska. Znajdują się tu również resztki pasterskich szałasów – pozostałości po dawnym wołoskim osadnictwie. W jednym z takich szałasów na Polanie Bukowina ksiądz Karol Wojtyła odprawiał mszę po raz pierwszy odwrócony twarzą do wiernych. Teraz znajduje się tutaj tylko ściana szałasu z framugą drzwi, w których stał ołtarz i pamiątkowy krzyż.
Zdobycie Turbacza to, jak do tej pory, jedna z naszych największych przygód podczas górskich wędrówek z Adasiem. Po raz pierwszy planowaliśmy dwudniowe wyjście w góry z plecakiem i nocleg w schronisku. Nawet podejście najkrótszym szlakiem ze wsi Koninki zajmuje ponad 3 godziny marszu. Zdobycie szczytu i spokojne zejście z niego wymaga całodziennej wędrówki, na którą mogą sobie pozwolić tylko starsze dzieci.
Wychodząc rano na szlak nic nie zapowiadało załamania pogody. Mieliśmy jednak ze sobą przeciwdeszczowe rzeczy Adasia i kilka jego ulubionych drobiazgów, niezbędnych na nocleg w schronisku (ulubiona podusia, misio, nawet lampka nocna z księżycem). Nasz plecak był ogromnie ciężki (prawie 30 kg). Dlatego też tym razem postanowiliśmy zmienić reguły wędrówki: ja miałam nieść Adasia, a Paweł ten ogromny plecak. Chcę uczulić wszystkie mamy, że to wcale nie jest prosta sprawa iść z Maluchem w nosidełkach, tym bardziej, gdy nasza pociecha waży 14 kg i niezmordowanie wierci się i wymachuje nóżkami. Czasami można stracić równowagę! Dlatego sporo wysiłku kosztował mnie pierwszy etap podejścia. Na domiar złego, nagle załamała się pogoda. Nadciągnęła niespodziewana burza i musieliśmy szybko schować się w lesie pod osłoną świerków. Adaś nie boi się pomruków burzy i z zaciekawieniem pokazywał swoim ulubionym maskotkom, co dzieje się wokół.
W momencie rozpogodzenia, postanowiliśmy przyspieszyć kroku. Paweł wziął Adasia, a ja nasz plecak. Ledwo udało mi się zarzucić go na plecy, a Adaś widząc mamę z trudem wychodzącą z lasu głośno zawołał: „Mama miś!” Na horyzoncie widać było kolejne burzowe chmury, więc nawet szybki marsz nie uchronił nas przed drugą burzą. Przeczekaliśmy ją siedząc pod parasolką na ławeczce, a Adaś nie mógł się doczekać, kiedy założy kalosze i pobiega po kałużach. Trzeciej burzy już nie przeczekiwaliśmy w lesie, tylko dzielnie brnęliśmy w potokach płynącej zewsząd wody. Po raz kolejny przydał się parasol, bo dzieci zazwyczaj nie lubią krępujących ich ruchy przeciwdeszczowych ubrań. Na szczęście na Polanie Bukowina wyszło słońce i ostatni odcinek pokonaliśmy wśród gorczańskich widoków i ociekających wodą traw.
Nasz mały pokoik w schronisku, zarezerwowany kilka dni wcześniej, zamienił się w suszarnie mokrych rzeczy. Straty nie były zbyt poważne i jeszcze tego samego dnia zdobyliśmy szczyt Turbacza, na którym całą rodziną posilaliśmy się soczystymi jagodami. Podczas kilkudniowych wycieczek problemem jest zazwyczaj przygotowanie posiłków dla Malucha. Nie wystarczy czerstwe pieczywo i oscypek zdobyty na pobliskiej Długiej Hali. Gotowaniem zajmuje się zwykle Paweł. Jeśli ktoś zaryzykuje gotowanie dla małego dziecka poza domem, będzie zaskoczony, jak mało potrzeba do tego rzeczy. Najłatwiej oczywiście podgrzać na gazowym palniku gotowe zupki i deserki Bobovity czy Gerbera. Słoiczki niestety dużo ważą, a nasz Adaś za nimi nie przepada. Najchętniej zjada zupę pomidorową albo rosół z torebki uzupełniony makaronem, które można dodatkowo urozmaicić świeżymi warzywami. Przed snem robimy obowiązkową kaszkę Bobovity lub Nestle. Ulubioną potrawą na śniadanie jest pasztet z puszki z kechupem i świeżym ogórkiem. Mogę sobie wyobrazić przerażenie większości mam po przeczytaniu tych zdań. Jednak, czy rzeczywiście kilka dni na takim jedzeniu szkodzi dzieciom, które dodatkowo przebywają ciągle na świeżym powietrzu? Co jest bardziej szkodliwe cukierek, chipsy i oranżada ze sztucznymi barwnikami czy zupka Knorra „bez konserwantów”? Pewnie są tak samo niezdrowe, ale to już nasze cywilizacyjne zdobycze. 
(Turbacz - fotki)

Lubomir 904 m n.p.m. (20 lipca 2008)

Najwyższe wzniesienie w Beskidzie Makowskim jest bardzo przyjemnym celem do krótkich wędrówek z dzieckiem, zwłaszcza starszym i zainteresowanym astronomią. Ze wsi Wiśniowa boczna droga wprowadza na Przełęcz Jaworzyce, a potem do Parylówki i parkingu u podnóża góry, skąd po 2,5-kilomterowym spacerze wygodną, szutrową drogą można wejść na szczyt Lubomira. Na wierzchołku przed II wojną światową powstało niewielkie obserwatorium astronomiczne. Teren pod placówkę naukową przekazał książę Kazimierz Lubomirski i stąd szczyt góry nosi imię darczyńcy. Stare obserwatorium na Lubomirze na trwałe zapisało się w historii światowej astronomii. W 1925 roku kierownik obserwatorium Lucjan Orkisz, a następnie 11 lat później astronom amator z pobliskiej Węglówki – Władysław Lis, odkryli nie opisane dotąd komety. Podczas wojny pasmo Lubomira i Łysiny było miejscem stacjonowania oddziałów partyzanckich i latem 1944 roku obserwatorium wraz ze znajdującym się obok budynkiem mieszkalnym zostało spalone przez Niemców. 6 października 2007 roku otwarto na szczycie nowe obserwatorium astronomiczne imienia znanego astronoma i prof. UJ Tadeusza Banachiewicza. Posiada ono dwie kopuły obserwacyjne, z których jedna jest wyposażona w teleskop. Obserwatorium wzniesiono od podstaw w ramach projektu unijnego „Zapomniany Raj – Turystyczna podkowa” z inicjatywy wójta gminy Wiśniowa – Juliana Murzyna. Niedługo w pobliżu powstanie również schronisko turystyczne i zalew wodny.
Lubomir zdobyliśmy w pewnym sensie przypadkowo w trakcie poszukiwań drogi wejścia na Mogielicę, dzień po zejściu z Turbacza. Ze stoków Mogielicy wycofaliśmy się spod szczytu Krzystonów powyżej wsi Półrzeczki. Do podnóża Lubomira dotarliśmy przez wieś Szczyrzyc, w której znajduje się zabytkowy klasztor cystersów. Opactwo liczy ponad 750 lat i słynie z cudownego obrazu Matki Boskiej Szczyrzyckiej. Cystersi szczyrzyccy założyli między innymi miasto Nowy Targ, ale opactwo słynie też z działającego do 1997 browaru. Tradycyjna receptura piwa ze Szczyrzyca składała się z „palonego ziarna, cykorii i chmielu”.
U podnóża Lubormira samochód można zaparkować nieopodal powstającego schroniska. Niedaleko znajduje się drewniana wiata. Stamtąd bez przeszkód zdobyliśmy szczyt, ale musieliśmy poczekać kilkanaście minut, żeby zwiedzić obserwatorium. Oprowadza po nim, w określonych godzinach, dyżurujący pracownik. Adasiowi wnętrze schroniska, a może bardziej konieczność wysłuchania przewodnika, bardzo się nie spodobały. Oznajmił to głośnym krzykiem, pan przewodnik również zaczął mówić głośniej, więc wycofałam się z Maluchem, aby przynajmniej Pawłowi dać możliwość zapoznania się z historią obiektu. Obserwatorium zwiedziliśmy w prawdziwie astronomicznym tempie. Adasia zainteresowała jedynie obrotowa kopuła, w której stoi teleskop. Z drugiej strony prezentacja słońca nie wypadła najlepiej i w okularze widać było tylko jasną plamę, którą podobno była tarcza słońca przesłonięta przez chmury. Po zejściu ze szczytu ugotowaliśmy obiad, a następnie wyruszyliśmy na dalsze poszukiwanie najlepszej drogi na szczyt Mogielicy. 
(Lubomir - fotki)

Mogielica 1170 m. n.p.m. (21 lipca 2008 i 11 października 2008)

Mogielica jest najwyższym i najładniejszym szczytem Beskidu Wyspowego. Miejscowi górale zwą ją Kopą ze względu na regularny kształt wierzchołka. Jednak jej nazwa wiąże się prawdopodobnie z historią, według której ze stromego szczytu zrzucano niegdyś ciała samobójców. Na szczycie Mogielicy stała drewniana wieża triangulacyjna, wznosząca się wysoko ponad koronami drzew. Pod nią oddział PTTK z Limanowej umieścił specjalną metalową skrzynkę z pamiątkowymi zeszytami, do których mogli wpisywać się zdobywcy szczytu. Niestety wieża zbutwiała i w 1980 r. zawaliła się. W sierpniu 2008 roku oddano do użytku nową, 20-metrowej wysokości wieżę widokową. Rozpościerają się stąd rozległe panoramy na Beskid Wyspowy, Sądecki i Żywiecki, a także na Gorce, Pieniny i Tatry. Równie wspaniałe widoki roztaczają się z Polany Stumorgowej, Wyśnikówki i Cyrli. Nazwa hali Stumorgi pochodzi od dawnej jednostki powierzchni (mórg to około 0,5 ha). Dawniej stały na hali szałasy i wypasano tu ogromne stada owiec. W czasie II wojny światowej Hala Stumorgowa wykorzystywana była jako miejsce zrzutów z samolotów alianckich dla działającej w okolicach partyzantki. Polany podszczytowe są „wizytówką” Mogielicy i pozwala ją rozpoznać ze znacznych odległości, np. z wierzchołka Turbacza. Kilkadziesiąt metrów od szczytu Mogielicy znajduje się metalowy krzyż poświęcony Karolowi Wojtyle, który, często tędy wędrował.
Nasze zdobywanie Mogielicy z Adasiem jest przykładem konieczności stosowania rozpoznania terenu rodem z wypraw w wysokie góry. Rozległość masywu Mogielicy sprawia, że na pokonanie wszystkich szlaków prowadzących z dolin należy poświęcić ponad dwie godziny. Wejście na Turbacz zajęło nam wprawdzie trzy godziny, ale później nocowaliśmy w schronisku w pobliżu szczytu. W okolicy szczytu Mogielicy nie ma niestety żadnego schroniska, dlatego też musieliśmy wrócić w doliny w ciągu jednego dnia. Po gruntownym przestudiowaniu mapy stwierdziliśmy, że najkrótszy szlak na Mogielicę prowadzi z Półrzeczek i Krzystonowa. Na przełęcz oddzielającą Mały Krzystonów od Mogielicy można wjechać samochodem po kiepskiej szutrowej drodze. Miejscowi górale zapewniali nas, że nawet naszym samochodem damy radę tam wjechać. Niestety, droga jest zamknięta dla wszystkich poza pracownikami służby leśnej. Wycofaliśmy się.
Po przeciwnej stronie góry odnaleźliśmy szlak zielony, rozpoczynający się w przysiółku Zalesie, który mógłby wyprowadzić nas niecałe 2 godziny drogi od szczytu. 21 lipca późnym wieczorem dojechaliśmy z Limanowej przez Starą Wieś do ostatnich zabudowań na grzbiecie Mogielicy. Leśna droga kończyła się kilkaset metrów dalej, nieopodal przydrożnego krzyża, na wysokości ponad 800 m n.p.m. Droga wejścia na szczyt została odszukana. Pozostawał tylko problem znalezienia w pobliżu kwatery. Tylko jeden dom w Zalesiu oferuje kwatery agroturystyczne. Z pozoru nie przedstawia się on najlepiej – napis „pokoje do wynajęcia” wymalowany na nieco zardzewiałej blaszce kierował nas do dwupiętrowego „klocka”. Jednak w środku przywitały nas przestronne i czyste pokoje z łazienkami, a widok z naszego balkonu był niezapomniany. Poza pasmem Gorców i Beskidu Sądeckiego wyłaniał się fragment Tatr Wysokich. Gospodarzami kwater była para miłych, starszych ludzi. Adaś mógł również do woli jeść maliny rosnące w przydomowym ogródku. Niestety, następnego dnia pogoda nie pozwoliła nam na zdobycie szczytu.
Powróciliśmy pod Mogielicę w październiku. Po noclegu u znajomych gospodarzy, przy pięknej pogodzie, bez trudu wspięliśmy się na szczyt Mogielicy i podziwialiśmy widoki z papieskiej polany pod szczytem. Jak zwykle ostatnie metry przed wierzchołkiem Adaś pokonał o własnych siłach. Weszliśmy też na drugą kondygnację wieży widokowej, choć musieliśmy wycofać się z niej z powodu silnego wiatru. Urozmaiceniem, a jednocześnie niewielkim utrudnieniem w trakcie naszej wędrówki był samochód-zabawka. Od pewnego czasu Adaś nie rozstaje się ze swoją „betoniarką”, ciągnąc samochód na sznurku. Niestety górskie szlaki nie nadają się do tego rodzaju zabawy. Samochodzik przewracał się ciągle na kamieniach i w końcu został przypięty do nosidełek, które w takich sytuacjach wyglądają jak bożonarodzeniowa choinka przystrojona zabawkami. Adaś jednak cały czas szukał drogi dla „betoniarki”. Dopiero budując domek dla misia ze stosu drobnych kamieni, zapomniał na chwilę o swojej ulubionej zabawce. 
(Mogielica - fotki)    

Czupel 934 m n.p.m. (21 września 2008 i 12 października 2008)

Czupel jest najwyższym szczytem Beskidu Małego w paśmie Magurki Wilkowickiej. Do niedawna za kulminację tego pasma górskiego uważano Łamaną Skałę (929 m n.p.m) położoną po drugiej stronie rzeki Soły i dopiero kilkanaście lat temu dokładne pomiary kartografów przyznały pierwszeństwo Czuplowi. Jeszcze 10-lat temu cały masyw Czupla był zalesiony, a szczyt porastała piękna buczyna karpacka. Ostatnio wiatrołomy i wycinka osłabionych kwaśnymi deszczami drzew spowodowały wylesienie szczytu, co umożliwia oglądanie rozległych widoków doliny Soły i Jeziora Czarnieckiego – jednego z trzech sztucznych zbiorników wodnych utworzonych na Sole (pozostałe to Jezioro Żywieckie i Jezioro Międzybrodzkie). W kierunku południowym panorama obejmuje Beskid Śląski, od którego pasmo Magurki Wilkowickiej oddzielone jest Bramą Wilkowicka. Nieopodal szczytu Czupla znajduje się Wietrzna Dziura – niewielka szczelinowa jaskinia o długości korytarzy około 33 metrów.
Pomimo, że Czupel jest jedną z najłatwiej dostępnych gór spośród szczytów zaliczanych do „Korony”, sprawił nam sporo kłopotów. Nawet półtoraroczne maluchy mogą wejść na szczyt o własnych siłach, wspinając się wygodną, leśną drogą ze schroniska PTTK na Magurce Wilkowickiej (909 m. n.p.m.). Marsz w jedną stronę nie powinien zając więcej niż 1,5 godziny, a do schroniska można dojechać samochodem asfaltową drogą z Łodygowic. Istnieje jednak ryzyko otrzymania mandatu od straży leśnej. Droga jest teoretycznie zamknięta dla ruchu samochodowego, chociaż goście schroniska nie przestrzegają zakazu wjazdu.
Pierwszą próbę zdobycia Czupela podjęliśmy we wrześniu 2008 roku. Zanocowaliśmy wówczas wygodnie w schronisku, które wyposażone jest w kilka niezłych pokoi. Tradycje schroniska na Magurce Wilkowickiej sięgają 1903 roku, a obecny murowany budynek został wybudowany przez niemiecką organizację turystyczną w 1913 roku. Mogliśmy dowoli rozkoszować się atmosferą starego, ale dobrze utrzymanego schroniska, bo zła pogoda skutecznie powstrzymała innych turystów od górskich wędrówek. Niestety, następnego dnia temperatura spadła do 3 st. C, a deszcz przeplatał się z uporczywą mżawką, niesioną przez silne podmuchy wiatru. Zrezygnowaliśmy.
Wróciliśmy pod Czupel w piękny, październikowy weekend, jadąc przez Rabkę spod Mogielicy. Niestety, tym razem w góry wyruszyło mnóstwo turystów z Bielska Białej i całego Śląska. O noclegu w pokoiku, który wspominał Adaś z poprzedniego pobytu nie mogło być mowy. Nie było nawet wolnych stolików, żeby zjeść obiad. Nasze zdenerwowanie udzieliło się Adasiowi, który liczył na zabawę w chowanego w schroniskowej szafie. Tymczasem wyszliśmy w góry z zamiarem szybkiego „zaliczenia” góry. Zaraz po opuszczeniu polany, na której stoi schronisko, znaleźliśmy się w cichych zagajnikach, uzupełniających zniszczony drzewostan. Szybo wszystko wróciło do normy i bez przeszkód i z przyjemnością weszliśmy późnym wieczorem na szczyt. Adaś ponad 1/3 drogi przeszedł o własnych siłach. Wejściem na Czupel zakończyliśmy górski sezon 2008.
Nocowaliśmy w bardzo przyjemnym pensjonacie nad Jeziorem Międzybrodzkim, a następnego dnia zwiedzaliśmy już górę Żar. Niezalesione stoki góry są doskonałym miejscem do lotów na paralotniach, a u podnóża znajduje się lotnisko szybowcowe. Na szczyt wjeżdża kolej zębata, której wagoniki zostały przeniesione z Gubałówki. Płaski wierzchołek Żaru został sztucznie wyrównany i zajmuje go jezioro należące do kompleksu elektrowni szczytowo-pompowej, uzupełniającej energię elektryczną w przypadku spadku poziomu zasilania. Wszystko to tworzy idealne miejsce do wycieczki i zabaw z Maluchem, który może prawie dotknąć samolotów i szybowców i przejechać się kolejką. Przestrzegamy jednak przed wyjazdem w dni wolne, z uwagi na tłumy zmotoryzowanych turystów.
Na zakończenie naszego wyjazdu odwiedziliśmy Park Miniatur w Inwałdzie – wiosce niedaleko Andrychowa. Szczególnie odradzamy zwiedzania tego miejsca z małymi dziećmi!!! Bezdrzewny teren wypełniony jest siecią strumyków, wśród których rozrzucone są bezładnie miniatury znanych budowli. Nie znajdziemy tutaj nawet odrobiny cienia! Nie można tutaj odpocząć, głośna muzyka disco polo, która ma uprzyjemniać jazdę na karuzeli, wdziera się głęboko w głowę. Ponadto, jest ścisły zakaz, pod groźbą kary pieniężnej, wchodzenia na trawę, co dla biegających dzieci jest strasznym zakazem!! Wszystkie atrakcje (karuzela czy malutki pociąg jeżdżący w kółko) są zabronione dla dzieci do 3 lat. Nie mamy nawet możliwości wykupienia dodatkowego biletu, jeżeli nasze dziecko chce skorzystać z karuzeli razem z mamą czy z tatą. Podsumowując, są tam tylko zakazy i naprawdę trudno nam było wytłumaczyć Adasiowi, dlaczego nie może przejechać się malutkim pociągiem, z którego korzystał nieraz bawiąc się na osiedlowym wesołym miasteczku.
(Czupel - fotki)

 

Fotogalerie

Łysica, Ślęża, Wysoka, Tarnica, Lackowa, Radziejowa, Turbacz, Lubomir, Mogielica, Czupel